Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bluszcz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2023

Ulubione albumy 2022 roku

Druga i ostatnia część mojego podsumowania 2022 roku to zestawienie ośmiu albumów, które spodobały mi się najbardziej w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Zależało mi, by wyszczególnić te płyty, do których faktycznie wracałam często i z radością – stąd poniższa lista jest oszczędna, ale pełna pięknych dźwięków. Enjoy!



8. Natalia Przybysz – Zaczynam się od miłości. Ta płyta od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Od początku można było się spodziewać, że niepublikowane dotąd teksty Kory w rękach Natalii Przybysz zyskają nowe życie. I tak też się stało. Zaczynam się od miłości to płyta pełna emocji, ciepła, miłości do natury, drugiego człowieka i świata. Wszystko to dostajemy w akompaniamencie żywych, ujmujących melodiach, które na długo zostają w pamięci. Przeczytaj pełną recenzję »



7. Sorry Boys – Renesans. Grupa Sorry Boys wypracowała unikatowe brzmienie, którego chyba nie da pomylić się z żadnym innym. Z każdym kolejnym krążkiem pozwalają sobie na więcej eksperymentów i ta reguła nie ominęła Renesansu. Jest bardziej mainstreamowo, taniecznie, popowo. Jednak trudno to nazwać typowym, komercyjnym popem, bo nie dość, że Sorry Boys wyróżniają się wyjątkowym wokalem Beli Komoszyńskiej, to – tak jak i na poprzednich płytach – zespół nie odmawia sobie odniesień m.in. do folku.


6. The Weeknd – Dawn FM. Ostatni krążek The Weeknd, skonstruowany na zasadzie radiowej audycji, towarzyszył mi przez cały rok. Ciemne, pulsujące bity zyskały moją sympatię od pierwszych sekund – jest to bowiem taki rodzaj muzyki elektronicznej, który cenię sobie najbardziej. Czerpiący z lat 80., mroczny, tajemniczy, hipnotyzujący. Szczególną fanką The Weeknd jeszcze siebie nie nazwę, ale z każdym nowym albumem artysty powoli się do tego miejsca zbliżam.



5. Bluszcz – Nowy Pop. Z ogromną niecierpliwością czekałam na następcę Kreszu, który w 2020 roku zdobył pierwsze miejsce mojego podsumowania (ex aequo z Kasią Lins). Nowy Pop to dobra kontynuacja Kreszu, jednak po jego wielokrotnych lekturach wciąż czuję pewien niedosyt. Nie zmienia to faktu, że najświeższa propozycja Bluszczu to krążek godny uwagi. Delikatne, błogie i swojskie dźwięki prowadzą nas w sielski, leniwy klimat, a teksty, choć nieskomplikowane, utkwią w głowie.



4. Ofelia – 8. W recenzji drugiego albumu Ofelii narzekałam trochę na promocję tej płyty, w wyniku której w dniu premiery znaliśmy ponad połowę piosenek z 8. Niemniej w obliczu jakości tych utworów, trzeba przymknąć oko na ten szczegół i skupić się na fantastycznej dawce electro popu, jaką zaserwowała nam Ofelia. 8 to nie tylko zestaw chwytliwych kompozycji, ale także okazja, by lepiej poznać samą artystkę – a dokładniej jej osiem wcieleń. Przeczytaj pełną recenzję »



3. Piotr Zioła – Wariat. Powiem wprost – tęskniłam za charakterystycznym, trochę zachrypniętym wokalem Piotra Zioły. Uświadomiłam sobie to w momencie, gdy jego długo wyczekiwany drugi krążek wreszcie ujrzał światło dzienne. Wariat zachwyca bogatymi warstwami brzmieniowymi, które inspirowane są wieloma gatunkami, ale przede wszystkim autentycznością. Tak szczere i niekiedy intymne wyznania, na jakie zdecydował się Piotr, sprawiają, że nie da się obok Wariata przejść obojętnie. Przeczytaj pełną recenzję »



2. Mrozu – Złote bloki. Można by zarzucić Mrozowi: ale to już było. Bo rzeczywiście, Złote bloki zgrabnie kontynuują kierunek obrany na poprzednich płytach artysty (Zew i Aura). Ale skoro coś się sprawdza, to po co to zmieniać? A blues-rockowy, trochę oldskulowy klimat z popowymi inspiracjami pasuje do Mroza jak ulał, co udowadnia po raz kolejny. Złote bloki pełne są dobrych wersów, wciągających melodii i wyjątkowego, retro-nowoczesnego nastroju. I mimo że to już znamy (proszę nie odebrać tego jako zarzutu o odgrzewanie kotletów), to jednak w przypadku Mroza ciągle chce się więcej.




1. Igo – IGO

W zeszłym roku Bass Astral x Igo zajęli u mnie pierwsze miejsce z płytą Satellite. Sama nie spodziewałam się, że rok później, po rozpadzie duetu, Igo wróci na to zaszczytne miejsce z solowym repertuarem. A jednak! Nie ukrywam, że w imiennym krążku Igo zakochałam się od pierwszego przesłuchania. To, co proponuje nam artysta, to pochodne jego poprzednich projektów (wspomnianego już Bass Astral x Igo oraz zespołu rockowego Clock Machine), ale nie warto tak spłycać, bo w każdej piosence czujemy i słyszymy duszę samego Igo. Zaczynając od romantycznej, uroczej Heleny, przez nieoczywiste, okraszone trąbkami Sooner or later, aż po wyjątkowe duety z Mrozem, Królem i Magierą oraz mroczne, rapowane Insecure. Znajdziemy tu wszystko (no, może prawie wszystko), ale nie czujemy przesytu – przeciwnie, takiego Igo chce się słuchać bez końca. Ja to czynię od momentu premiery krążka i do tego samego Was zachęcam.


Pozostałe krążki z 2022, które warto poznać: Ania Leon  Łezki, Brodka – Sadza, ThunderFuzz  Anti Body, Arctic Monkeys – The Car, Taylor Swift – Midnights, Natalia Szroeder – Pogłos Suplement

Numery 1. z pozostałych lat:

2021: Bass Astral x Igo – Satellite

2020: Kasia Lins – Moja wina i Bluszcz – Kresz [ex aqueo]

2019: Król – Nieumiarkowania

2018: Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

2017: Daria Zawiałow – A kysz!

piątek, 1 października 2021

W słuchawkach #45




Lana del Rey  National Anthem. Trochę wstyd się przyznać, ale jeżeli chodzi o Lanę del Rey to zatrzymałam się na jej drugiej płycie, czyli Ultraviolence. Ciągle obiecuję sobie, że wreszcie wezmę się za pozostałą dyskografię artystki, ale mimo to chętniej sięgam po jej pierwsze poczynania. I choć National Anthem nie jest moim ulubionym utworem Lany, to ostatnio często za mną chodzi. Uwielbiam połączenie elegancji i nonszalancji, które można tutaj usłyszeć. A na resztę albumów jeszcze przyjdzie czas.


Bluszcz  Odra. Mile zaskoczyła mnie wieść o nowej piosence grupy Bluszcz. Jak pewnie dobrze wiecie, mam do ich twórczości słabość, więc od razu przesłuchałam Odrę i cóż mogę powiedzieć  pokochałam ten utwór od pierwszych dźwięków. Niepodrabialny klimat nostalgii podscyony niespiesznym elektronicznym bitem wystarczył, by mnie zachwycić. Nie wspominając już o świetnym tekście i równie fantastycznym wokalu.


Lorde  Bravado. Moja opinia względem najnowszego albumu Lorde nie będzie odstawała od przeważających negatywnych zdań. Solar Power szybko mnie znudził i jeszcze szybciej wyleciał z mojej pamięci. Zamiast tego wróciłam do chyba najlepszego, a przynajmniej mojego ulubionego, kawałka Nowozelandki. Bravado wciąż zachwyca tajemniczością, mrokiem i niepowtarzalną atmosferą.


Męskie Granie Orkiestra 2020  Bananowy Song. Dwa wpisy temu wspominałam, jak bardzo spodobało mi się to wykonanie, gdy usłyszałam je na żywo. Cóż, Bananowy Song w wersji Orkiestry Męskiego Grania wkręcił się we mnie na tyle, że trudno się od niego uwolnić. Lubię luz, radość i niejaką nonszalancję płynące z tego utworu, ale najbardziej urzeka mnie zabawa, którą słychać w każdym dźwięku.


Happysad  Zanim pójdę. Przez długi czas uważałam, że zachwyty nad szlagierem grupy Happysad są przesadzone. Owszem, przyjemne to i chwytliwe, ale co poza tym? Okazało się, że Zanim pójdę ma w sobie jakiś niewytłumaczalny magnes, który po prostu każe wracać raz po raz. Jest to bardzo nośny numer z prostym tekstem, który błyskawicznie zapada w pamięć. Z każdym kolejnym odsłuchem zwyczajnie chce się śpiewać oraz bujać w rytm tego kawałka.


Maneskin  Beggin. Zdaje się, że szał na Maneskin trwa w najlepsze. Zupełnie się temu nie dziwię i, co więcej, sama do fanów grupy należę. Niedawno trafiłam na cover znanego kawałka Beggin i mimo że oryginał (zespół The Four Seasons, 1967) jest dla mnie niepokonany, to wersja włoskiej grupy także zasługuje na uwagę. Zwłaszcza początek, gdy wokalista popisuje się swoim zachrypniętym głosem, wywołuje u mnie ciarki.


Swiernalis  Blizny. Bardzo żałuję, że Swiernalis nie jest (jeszcze) znany na szerszą skalę. Za każdym razem, gdy wracam do płyty Psychiczny Fitness nie mogę wyjść z podziwu nad jej zawartością. Trudno wymienić najlepsze momenty tego krążka, ale nie będę ukrywać, że energetyczne, choć podszyte pewnym smutkiem Blizny każdorazowo mnie ruszają. Zarówno pod względem muzycznym, wokalnym, jak i lirycznym. Po prostu wow.

środa, 13 stycznia 2021

Ulubione albumy 2020 roku

Czas na drugą i ostatnią część podsumowania 2020 roku. Początkowo miało być tylko 8 albumów, ale zaokrągliłam liczbę do 10, bo nie mogłam nie wyróżnić pewnych dwóch albumów. Nie przedłużając, zapraszam na zestawienie płyt, które zrobiły mi 2020 rok  zachwyciły, dały chwilę oddechu i masę radości.




10. Julia Marcell  Skull Echo. Głęboka, nasycona elektroniką płyta. Hipnotyzująca i szybko zapadająca w pamięć, łatwo uzależniająca. Tak w skrócie można opisać Skull Echo, kolejny krążek w dorobku Julii Marcell. Uwielbiam tę tajemniczą, nieco mroczną odsłonę artystki. Od samego początku wokalistka raczy nas wspaniałymi dźwiękami, oprowadzając nas po swoim wyjątkowym świecie. A świat to niesłychanie wciągający. Recenzja »
Ulubione: Celebral Bliss, Moment i wieczność, Nostalgia





9. Swiernalis  Psychiczny Fitness. Choć ten krążek wysłuchałam w całości dopiero po Nowym Roku, zachwycił mnie na tyle, że nie mogłam go pominąć w tym zestawieniu. To moje pierwsze dłuższe  spotkanie z twórczością Swiernalisa, ale jakże udane. Energetyczne numery przeplatają się z stonowanymi, chwilami wręcz balladowymi, dzięki czemu płyta się nie nudzi i chce się do niej wracać. Warto zwrócić także na intrygujące, bardzo udane warstwy tekstowe oraz oryginalne połączenia brzmieniowe.
Ulubione: Tango, Tron, Piękno, Blizny




8. Miuosh  Powroty. Po płycie POP. z 2017 roku byłam bardzo ciekawa, jak będzie brzmieć następca tego albumu. Powroty co prawda porwały mnie w mniejszym stopniu niż wspominany POP., ale wciąż jest to krążek, do którego często wracałam i który trafił do mnie bez oporu. Co przecież interesujące, bo jak dobrze wiecie, za rapem nie przepadam i nie słucham na co dzień. Niemniej twórczość Miuosha cechuje się nie tylko chwytliwymi melodiami, ale także świetnymi tekstami. Recenzja »

Ulubione: Motyle, Lęk, Diamentova



7. RAYE  Euphoric Sad Songs. Ten krążek pewnie będzie zaskoczeniem, bo nie wspominałam o RAYE ani razu. Pomimo tego końcówka roku upłynęła mi właśnie pod znakiem Euphoric Sad Songs i nie mogłam o tym nie wspomnieć. Tytuł celnie odwzorowuje to, co na płycie zawarto  piosenki przesiąknięte smutkiem i zawodem zawoalowano w taneczne melodie. Gdy dodamy do tego fajny wokal, z lekka przypominający Duę Lipę, otrzymamy dobry, popowy album.

Ulubione: Regardless, Change Your Mind, Natalie Don't



6. Selena Gomez  Rare. Początek roku z kolei zdominował najnowszy album Seleny Gomez. Bardzo podoba mi się kierunek, jaki obrała artystka. Miękka elektronika przyozdobiona słodkim wokalem Seleny umilała mi czas przez wiele miesięcy. Choć całokształt może zdawać się nieco nużący i nadto spójny, naleciałości innych gatunków (jak np. r'n'b czy latino) skutecznie urozmaicają ten zestaw utworów. Wydaje się, że Selena odnalazła siebie w muzyce i mam cichą nadzieję, że jej kolejne krążki będą równie udane co Rare.

Ulubione: Ring, Vulnerable, Feel Me



5. The Weeknd  After Hours. Po świetnej EPce My Dear Melancholy, miałam pewne oczekiwania względem kolejnego pełnoprawnego krążka The Weeknd. I nie zawiodłam się, bo dostałam to, co najbardziej lubię  głębokie, nocne brzmienia, koncentrujące się głównie na elektronice. Takie, które obezwładniają zmysły. Nie dziwię się, że singlowe Blinding Lights odniosło ogromne sukcesy, bo to rewelacyjny numer, który idealnie odzwierciedla to, jak brzmi całe After Hours.

Ulubione: After Hours, Blinding Lights, In Your Eyes



4. Karaś/Rogucki  Ostatni Bastion Romantyzmu. Gdy tylko dowiedziałam się o powstaniu tego duetu, wiedziałam, że to będzie coś, na co będę czekać z niecierpliwością. I rzeczywiście tak się stało. Projekt Kuby Karasia i Piotra Roguckiego towarzyszy mi od dnia premiery i niezmiennie wsłuchuję się w niego z przyjemnością. Rock pomieszany z elektroniką, utrzymane w niepokojącym, trochę nerwowym nastroju i z tekstami niekiedy fatalistycznymi, niekiedy przyziemnymi. Rzecz warta każdej uwagi.

Ulubione: Kilka westchnień, Ciociosan, Katrina



3. Rosalie.  IDeal. Swoim pierwszym albumem Rosalie. pozytywnie mnie zaskoczyła, nagrywając album w klimacie r'n'b, co na polskim podwórku jest nieczęste. Przy okazji IDeal wokalistka utrzymała charakter płyty Flashback, ale postawiła na chwytliwsze rozwiązania, czym totalnie mnie kupiła. Jest to najczęściej słuchany przeze mnie krążek z zeszłego roku. I wciąż nie wyobrażam sobie choćby jednego dnia bez posłuchania moich ukochanych utworów z tej płyty. Recenzja »

Ulubione: Zapomniałam jak, Najbliżej, Spływa





1. Bluszcz  Kresz & Kasia Lins  Moja Wina [ex aequo]

Pierwszy raz znalazłam się w sytuacji, w której nie potrafię jednoznacznie wskazać mojego ulubionego krążka z danego roku. W zarysach tego podsumowania w jednym momencie zwyciężał Bluszcz, w drugim  Kasia Lins. Każda decyzja wydawała mi się niesprawiedliwa i nieadekwatna, dlatego zarówno Kresz, jak i Moja Wina zasługują na miejsce pierwsze, choć są to krążki z zupełnie innych bajek. Trzecia płyta grupy Bluszcz to podróż w lata 80.  tak w tekstach, jak w samej muzyce. Podróż nostalgiczna, magiczna i porywająca. Taka, w którą zawsze chętnie wyruszam i z której niechętnie wracam. Z każdym odsłuchem zatracam się coraz bardziej w tęskną, pełną emocji przestrzeń, jaką stworzyli bracia z grupy Bluszcz. Z kolei nowy album Kasi Lins to fuzja przeróżnych instrumentów, teatralnej, chwilami podniosłej atmosfery, oszałamiającego wokalu i inteligentnych, nietuzinkowych tekstów. Prawdziwa mieszanka wybuchowa, obok której nie potrafię przejść obojętnie i która zostanie ze mną na lata. Zaryzykuję stwierdzenie, że moc Mojej Winy przetrwa długi czas w świadomości nie tylko mojej, ale i każdego, kto będzie miał z tą płytą styczność.

Obydwa albumy darzę niewysłowioną  bo trudno mi ująć uczucia, które towarzyszą mi podczas słuchania tych płyt, w zaledwie kilka zdań  miłością. Bezwarunkową. Uzależniającą. I nie potrafię rozstrzygnąć, która podoba mi się bardziej. Obie porwały mnie w tym samym stopniu, ale czym innym i na różne sposoby. Dlatego nie mogłam postąpić inaczej niż przyznając miejsce 1. dwóm krążkom.

Recenzja Kreszu » / Recenzja Mojej Winy »

Ulubione z Kreszu: Sopot '86, Lamparty, Gepard

Ulubione z Mojej Winy: Morze Czerwone, Moja wina, Śniłam, że jest spokój


Na dalszych miejscach znaleźliby się (kolejność losowa): Dua Lipa  Future Nostalgia, Mela Koteluk & Kwadrofonik  Astronomia poety. Baczyński, Hurts  Faith, Better Person  Something To Lose, Nothing But Thieves  Moral Panic, Julia Marcell  Skull Echo, Hania Rani  Home, Soko  Feel Feelings


Miejsca #1 z poprzednich lat:

(2016) Krzysztof Zalewski  Złoto

(2017) Daria Zawiałow  A kysz!

(2018) Lao Che  Wiedza o społeczeństwie

(2019) król  Nieumiarkowania

środa, 6 stycznia 2021

Ulubione utwory 2020 roku

Rok 2020 pod względem muzyki był całkiem udany. Pojawiło się sporo piosenek i krążków, które naprawdę mi się spodobały. Niemniej mam ogromne zaległości, jeżeli chodzi o bieżące zapoznawanie się z premierami, dlatego tegoroczne podsumowania będą wyjątkowo zwięzłe  20 ulubionych utworów (plus bonusowe, ułożone losowo w playliście) oraz 8 ulubionych płyt. Standardowo zaczniemy od pojedynczych kompozycji.

W tym roku postanowiłam organiczyć się do 20 miejsc, bo choć mogłabym tę listę znacznie wydłużyć, to nie miałoby to zbytniego sensu, gdyż najczęściej pojawialiby się ci sami artyści, tyle że z innymi kawałkami. Dlatego w mojej topowej dwudziestce znajdziecie (ponad, licząc duety) dwudziestu artystów z piosenkami, które najbardziej utknęły mi w głowie w ostatnich miesiącach i które wciąż cieszą mnie tak samo, jak przy pierwszym odsłuchu. A może nawet bardziej. Uszeregowanie ich w obecnej kolejności bylo niełatwym zadaniem, ale ta sekwencja mniej więcej oddaje rzeczywistość. W pierwszej dziesiątce, a zwłaszcza w piątce, porządek jest umowny  można by go odwrócić do góry nogami i też byłoby dobrze.

Ale kończąc ten przydługi wstęp, zapraszam na podsumowanie 2020 roku! 


20. Better Person  Glendale Evening. Zachwyciła mnie ta piosenka od pierwszych sekund. Żałuję, że błogi, spokojny nastrój w połowie przybiera mroczniejszy charakter, bo choć jest to niewątpliwe urozmaicenie i dobry zwrot akcji, to dźwięki pianina z początku całkowicie mnie uwiodły. Nie zmienia to faktu, że Glendale Evening to moja ulubiona kompozycja z płyty Better Persona. 



19. The Weeknd  After Hours. Najnowszy krążek The Weeknd tak mi się spodobał, że zażyczyłam go sobie jako prezent na urodziny. Wszystkie numery na nim zawarte kupiły mnie nocną elektroniką i świetnym nastrojem. Kwintesencją tego jest tytułowy kawałek, który wieczorami brzmi po prostu wspaniale. I nawet nie drażni mnie podwyższony wokal, co zwykle ma miejsce.

This time I won't break your heart



18. Selena Gomez  Feel Me. Sama jestem zaskoczona, jak bardzo wkręciło mi się Feel Me i jak często do niego wracałam. Chociaż słowa tej piosenki są smutne i opowiadają o zawodzie miłosnym, pulsujący rytm sprawia, że chce się tańczyć. Lubię takie dwupoziomowe kontrasty, tym bardziej kiedy dziewczęcy i delikatny wokal dopełnia to wszystko.

Do you stay up late just so you don't dream?



17. Nothing But Thieves  Phobia. Utwór, który przyprawia mnie o ciarki. Rewelacyjnie zbudowaną atmosferę grozy i niepewności uzupełnia będący na granicy szeptu wokal oraz niepokojąca, ale szczera warstwa tekstowa. Genialnie ten kawałek rośnie i nabiera mocy. Zmienia się też operowanie głosem, który ostatecznie przechodzi w rozgorączkowany niemal krzyk. Cudo.

I fucking hate the internet



16. Karaś/Rogucki  Kilka westchnień. Odkąd tylko dowiedziałam się, że Kuba Karaś i Piotr Rogucki podejmują współpracę, nie mogłam się jej doczekać. I powstał crossover The Dumplings i Comy, który wyszedł bezbłędnie. Kilka westchnień wyróżnia się przede wszystkim tekstem  zwięzłym, oszczędnym, trochę złowieszczym, skłaniającym do przemyśleń.

Trzykropek, trzykropek, hasztag, oddech



15. Dua Lipa  Break My Heart. Kogo jak kogo, ale Duy Lipy zabraknąć tutaj nie mogło. Chwilę wahałam się, czy to właśnie ta piosenka powinna się tutaj znaleźć, ale biorąc pod uwagę, jak często towarzyszyła mi przez ostatnie miesiące, wybór zdaje się oczywisty. Najbardziej ujmuje mnie zabawa wokalem w refrenie i jego zadziorny charakter.

When you said hello I knew that was the end of it all



14. Kamp!  Play Me Dirty. Kamp! to trochę mój zespół-pewnik  nieważne, co wydadzą, mnie i tak to się spodoba. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była zawiedziona ich którymkolwiek materiałem. Żałuję jedynie, że nie dane mi było usłyszeć kapitalnego Play Me Dirty, który jest moim hitem ostatnich wakacji, na żywo. Ale jeszcze nic straconego, miejmy nadzieję.

I know we could be friends



13. Jessie Ware  Spotlight. Brytyjską wokalistkę zawsze kojarzyłam z elegancją i wysublimowanymi melodiami. Nie inaczej jest i teraz, kiedy to Jessie Ware postawiła na tętniące, ale zduszone rytmy disco. Z nowej płyty najbardziej upodobałam sobie singlowe Spotlight, które nieustannie zachwyca mnie swoim wdziękiem, klasą i klimatem retro.

Can't stop me from believing



12. Quebonafide i Daria Zawiałow – Bubbletea. Nie dziwi mnie, że był to najczęściej odtwarzany w zeszłym roku polski utwór. Nie zdziwię się też, jeżeli ktoś ma przesyt Bubbletea, bo w pewnych momentach można było usłyszeć tę piosenkę wszędzie. Mnie to jednak nie przeszkadza, a wręcz cieszy, bo duet Quebo i Darii to naprawdę udane przedsięwzięcie, cudownie ukazające tęsknotę.

Tęsknię do tego gówniarskiego życia, ale chyba jednak wolę to na zdrowo



11. Krzysztof Zalewski  Annuszka. Nowa płyta Zalefa to mój największy zawód 2020 roku, co przyznaję z bólem serca. Cieszę się jednak, że przynajmniej kilka z premierowych utworów zostało ze mną na dłużej, a jednym z nich jest Annuszka. Przekonywałam się do niej długo, ale ostatecznie mocny, elektroniczny bit oraz tęskny tekst zyskały moją sympatię. 

A co jeśli zostało nam tylko pięć minut życia? Tik-tak



10. Męskie Granie Orkiestra '20  Świt. Skład Orkiestry 2020 zaskoczył mnie i ucieszył jednocześnie. Zaskoczył, bo to połączenie z różnych światów. Ucieszył, bo każdego artystę bardzo sobie cenię. Świt jest powiewem świeżości w męskograniowym dorobku; tak lekkiego i zarazem energicznego kawałka chyba jeszcze nie było. Niezmiennie najbardziej zachwyca mnie zwrotka Igo, który daje prawdziwy popis swoich wokalnych możliwości.

Chcemy dalej dojść niż na wyciągnięcie ręki



9. Kwiat Jabłoni  Mogło być nic. Ich muzyka kojarzy mi się z niewinnością, szczerością i ciepłem. Mogło być nic też wpisuje się w tę konwencję. Dodatkowo utwór ten daje potężny zastrzyk nadziei oraz pogody ducha, bo przekaz jest znany, ale prosty: cieszmy się z tego, co mamy. W obliczu obecnej pandemii to wydaje się szczególnie ważne.

I to zapiera dech, że obok Ciebie jest ktoś



8. Hurts  Suffer. Starzy, dobrzy Hurts, można by rzec. To była moja pierwsza myśl, kiedy słuchałam Suffer i rzeczywiście, singiel odnosi się do płyty Exile sprzed 7 lat, mojej ulubionej z dorobku brytyjskiego duetu. Jest mrocznie, tajemniczo, elektryzująco. Mimo że na zeszłorocznej już płycie, Faith, znajdziemy lepsze utwory od tego, to właśnie Suffer najczęściej słuchałam.

I lose myself in you



7. Julia Marcell  Cerebral Bliss. Julia Marcell zapewniła nam prawdziwą ucztę dla zmysłów tą kompozycją. Zaczyna się niepozornie, by później rozkręcić się i zaprezentować całą gamę różnorodnych, ale krążących wokół elektroniki rozwiązań. To też jeden z niewielu przypadków, gdy anglojęzyczna wersja podoba mi się bardziej od polskiej.

Some say I'll fly, some say I will fall



6. Miuosh i Igo  Motyle. Miuosh kontynuuje łączenie rapu z innymi gatunkami muzycznymi i wciąż idzie mu to dobrze. Bardzo dobrze. Album Powroty to zdecydowanie jedna z ciekawszych propozycji z zeszłego roku, ale na szczególną uwagę zasługuje duet z Igo. Motyle to niejakie rozliczenie się z przeszłością, w którym znów najlepszą robotę robi właśnie Igor Walaszek. 

Mam parę lat nocy bez snu, parę lat chwil, gdy brakuje słów



5. Bass Astral x Igo  Bikini. Już trzeci utwór w tym zestawieniu, w którym słyszymy Igora. Nie ukrywam, że mam słabość do jego wokalu, tak samo zresztą jak i do singla, promującego nadchodzący krążek duetu z Bass Astralem. Bikini to coś nowego w ich twórczości, coś bardziej żywiołowego, mroczniejszego i nieoczywistego. Przebieram nogami z niecierpliwością na pełnoprawny album.

Grab you thoughts and show cold blood



4. Artur Rojek  Bez końca. Przez długi czas to właśnie Bez końca zajmowało szczyt tego zestawienia. Choć spadło poza podium, wciąż żywię do tego numeru bezbrzeżną sympatię. Nie dość, że warstwa liryczna jest przepiękna i emocjonalna, muzyka pełna energii, to tańczący Rojek sprawia, że nie da się nie uśmiechnąć przy tej kompozycji. Choć ma ona w sobie trochę smutku.

Gasisz we mnie wojny i przykładasz lód



3. Rosalie.  Zapomniałam jak

Album Rosalie. całkowicie zdominował pierwszą połowę mojego roku. Jeżeli wierzyć statystykom z Last.fm, był to najczęściej słuchany przeze mnie krążek w ciągu ostatnich 365 dni, a Zapomniałam jak  5. najczęściej słuchaną piosenką. To tylko świadczy o moim szczerym uwielbieniu zarówno dla pojedynczego nagrania, jak i całej płyty. 

Nic nie poradzę, że mam więcej wspomnień



2. Bluszcz  Sopot '86

Bez wątpienia najpiękniejsza wolna piosenka ostatnich miesięcy. A może i lat. Już dawno żadna nie porwała mnie tak bardzo, jak Sopot '86. Pełna delikatności, wspomnień, uczuć, podszyta niespiesznym bitem. Niezwykle nastrojowa, co zresztą podkreśla powolny, nieco nonszalancki wokal. To jedna z tych kompozycji, o których nie ma co się za bardzo rozpisywać, wystarczy posłuchać. 

Nie słucha tanich bzdur, w sercu ma Niemena



1. Kasia Lins – Morze Czerwone

Między Morzem Czerwonym a Sopot '86 toczyła się zacięta walka o miejsce pierwsze. Ostatecznie zwyciężyła potężna, fantastycznie skonstruowana kompozycja Kasi Lins. Tak naprawdę mogłabym wstawić tutaj którąkolwiek piosenkę z Mojej Winy, a wybór wciąż byłby adekwatny, ale to właśnie Morze Czerwone zrobiło na mnie największe wrażenie. Wrażenie, które potęguje się z każdym kolejnym odsłuchem. Nie mam słów na to, co Kasia robi tutaj ze swoim wokalem. Niesamowicie emocjonalna warstwa liryczna, złowieszczy i teatralny wręcz charakter oraz właśnie manewry wokalne Kasi każdorazowo wywołują u mnie dreszcze. Majstersztyk.

I nie będzie nas, choć jak Mojżesz szłam przez Morze Czerwone



Miejsca #1 z poprzednich lat:

(2014) xxanaxx i Tomek Makowiecki  Wolves

(2015) Daniel Bloom i Mela Koteluk  Katarakta

(2016) Organek  Mississippi w ogniu

(2017) Nothing But Thieves  Amsterdam

(2018) Lao Che  Nie raj

(2019) Daria Zawiałow  Gdybym miała serce


środa, 18 listopada 2020

re-cenzja #77: Bluszcz – Kresz (2020)

Informacja o nowej płycie duetu Bluszcz nieco mnie zaskoczyła, bo zaledwie rok temu ukazał się poprzedni album  W naszych domach. Niemniej byłam niesamowicie ciekawa, biorąc pod uwagę wcześniejsze dokonania zespołu, jak będzie brzmiała tegoroczna premiera. I choć spodziewałam się, że Kresz będzie stał na wysokim poziomie, to nie przypuszczałam, że będzie to tak wspaniałe wydawnictwo. Pod każdym możliwym względem.

Bluszcz debiutowali w 2017 roku płytą Junior. Pamiętam, jakie wrażenie wywarły na mnie te nagrania  współczesne dźwięki, ale z tchnieniem nostalgii, którą zaznaczono także na okładce. Krążek W naszych domach, chociaż wciąż bardzo dobry, nie zachwycił mnie tak, jak właśnie Junior. Pomimo to często do niego powracałam i cieszyłam się, że muzycy postanowili tym razem dorzucić też polskie teksty. Na Kreszu nie dość, że poziom wystrzelił poza skalę, to jeszcze warstwy tekstowe wszystkie są w języku polskim. Nie mogło być lepiej.

Kresz jest świetnie skonstruowany  zaczynając od właśnie słów, przez charakterystyczny, tajemniczy wokal, aż po linie muzyczne. Słuchając tej płyty, od razu przenosimy się do PRL-u. Ale w takim pozytywnym znaczeniu. Artyści w rewelacyjny sposób znów połączyli nowoczesność z przeszłością. Kresz to przemyślana opowieść o miłości, wolności i młodości, wyrażona za pomocą elektronicznych, chillowych melodii, a także cudownych tekstów, napisanych właśnie w taki sposób, jak pisało się przed dekadami. Nie brakuje zresztą bezpośrednich odniesień do kultury tamtych czasów (Jak Uma Thurman w tańcu / Jak Patti Smith, lecz Poli Raksy twarz). Warstwy słowne są proste, nieskomplikowane, ale jednak dotykają ważne kwestie. Są wprost nadzwyczaj chwytające i urokliwe.

Niełatwym zadaniem jest wskazanie najlepszych (czy moich ulubionych) utworów. Nie będę jednak ukrywać, że są piosenki, które z miejsca mnie urzekły. Zaliczam do nich Lata dwudzieste, Sopot '86, Lamparty oraz Kurorty. Pierwsza z nich, będący jednocześnie singlem promującym, odznacza się całkiem tanecznym rytmem, niemniej warstwa tekstowa jest trochę smutna i prawdziwa zarazem, skłaniająca do refleksji. Podoba mi się też delikatny ukłon w stronę Myslovitz (Wieczorami mali chłopcy sięgają po telefon / Śledzą konta dziewczyn, które nie chcą ich znać). Również chwytliwą melodią mogą poszczycić się Lamparty; przy tym kawałku nogi same rwą się do tańca. Uwielbiam moment, gdy padają słowa Ona słucha Beastie Boys – wówczas od razu chce się pląsać. Kurorty z kolei to trochę pomost między dotychczasowymi płytami  całkowity minimalizm oraz koncentracja na warstwie muzycznej zaczerpnięte z Juniora oraz recytowane wprowadzenie z albumu W naszych domach bezbłędnie wpisują się w konstrukcję Kreszu. Bezkonkurencyjnym jednak dla mnie kawałkiem jest Sopot '86  nie znam chyba drugiej tak pięknej, klimatycznej i wyjątkowej kompozycji, przesiąkniętej namacalnymi wręcz emocjami. Prawdziwy majstersztyk.

Kresz jest płytą bardzo skondensowaną  trwa zaledwie 33 minuty i w tym czasie otrzymaliśmy świetnie ukształtowaną historię. Intensywną, ale nieprzesadzoną. Utrzymaną w jednej stylistyce, ale urozmaiconą i nienudną. Muzycy zachowali balans między spokojnymi i tanecznymi utworami. Od siebie dodam, że Kresz jest dla mnie jednym z najlepszych krążków tego roku i nieśmiało życzę sobie więcej tak fantastycznych dźwięków  nie tylko od grupy Bluszcz.

★★★★★★★★★★

po-słuchaj: Sopot '86, Kurorty, Lamparty

czwartek, 20 czerwca 2019

re-cenzja #58: Bluszcz – W naszych domach (2019)

Znalezione obrazy dla zapytania bluszcz w naszych domach
Lubię muzykę niewymuszoną. Tworzoną na zupełnym luzie, bez fałszu i bez ciśnienia na lajki. Jestem zdania, że dobra muzyka (zresztą nie tylko muzyka) obroni się sama, jeżeli tylko będzie autentyczna. Może dlatego odkąd dwa lata temu poznałam duet Bluszcz tak bardzo się zachwyciłam ich albumem Junior. Kupiła mnie nie tylko genialna okładka, ale przede wszystkim totalnie rozluźniona warstwa muzyczna. Byłam niezmiernie ciekawa, czy ta beztroska pojawi się także na drugiej płycie, W naszych domach. Owszem, pojawiła się, ale nie jest osamotniona.

W naszych domach zdaje się kontynuacją Juniora. Artyści wciąż oscylują wokół elektronicznych, chillwave’owych melodii, które płyną gładko i niepostrzeżenie. Odnoszę jednak wrażenie, że druga płyta jest trochę bardziej urozmaicona. Wyraźnie słychać progres, jaki duet przeszedł od Juniora do W naszych domach. Kompozycje są zdecydowanie bardziej nastrojowe; łatwiej wejść w malowany dźwiękami nocny klimat, pulsujący energią i świeżym powietrzem. Całość przyjemnie pachnie 80’sami, choć nawiązania do tej dekady nie stanowią głównego elementu piosenek.

Warto także zaznaczyć, że wszystkie teksty zostały napisane po polsku, co dla mnie jest dużym plusem. Zwłaszcza że teksty stoją na bardzo wysokim poziomie. Trudno zarzucić im banalność czy przeciwnie, pseudopoetyckość. Są idealnie wyważone, podobnie jak warstwa muzyczna – pisane bez spięcia, brzmią prawdziwie i aż chce się w nie wierzyć.


Pomimo sympatii, jaką darzę warstwę tekstową, trochę więcej poświęcam utworom instrumentalnym. Mogę w całości skoncentrować się na przyjemnie rozprzestrzeniającej się melodii. Już otwierający album numer Jeziora słone fajnie buja, ma taneczny i chwytliwy rytm, wpuszczający trochę wakacyjnej beztroski. Zasadniczo każdy instrumentalny kawałek można podpiąć pod ten opis, choć trzeba zaznaczyć, że słuchając ich po kolei, nie odnosi się wrażenia, że słuchamy jednej, przydługiej piosenki. Są podobne, ale każda z nich stanowi odrębną historię.

Do najciekawszych momentów należy zaliczyć cztery numery: Retman, Parkiet, W naszych domach i Sorrentino. W Retmanie zachodzi ciekawy kontrast pomiędzy rytmiczną melodią a melancholijnym tekstem. Całokształt silnie oddziałuje na zmysły, tak jak Parkiet, chyba najbogatszy dźwiękowo i w ogóle najbardziej zwracający uwagę kawałek na płycie. Ciśnie mi się na usta sformułowanie „stłumione disco”, ze względu na duszny i tętniący energią klimat. W naszych domach zalicza się do tych niefrasobliwych, leniwych numerów, idealnie pasujących do nadchodzącej pory roku. Podobnie jak Sorrentino zresztą – uwielbiam ten niespieszny zarówno bit, jak i sposób śpiewania. Robi się tak błogo, że jedyne, na co ma się ochotę, to ciągłe leżenie do góry brzuchem.


Liczyłam na mocny powrót i nie rozczarowałam się. Bez wyrzutów sumienia i wątpliwości już teraz zaliczam W naszych domach do najlepszych polskich premier tego roku. Jako zwolenniczka elektroniki z nurtu chill, synth i tropical, nie mogę przejść obojętnie obok tak dopracowanych kompozycji. Cenię sobie minimalizm – tak w tekstach, jak i w muzyce – zatem zdaje się, że W naszych domach to album dla mnie idealny. Nic dziwnego więc, że od ponad dwóch miesięcy nie wypuszczam go ze swoich słuchawek. Może jestem nazbyt entuzjastyczna, ale jak tu nie być rozemocjonowanym, gdy trafia się na muzykę tak trafiającej do Twojej duszy? Chyba się nie da. Panowie, chapeaux bas.


★★★★★★★★★☆
po-słuchaj: Retman, Parkiet, W naszych domach, Sorrentino

piątek, 3 maja 2019

W słuchawkach #23

Pawbeats ft. Marika  Gniew. Przypomniałam sobie o tym utworze całkiem niedawno i dalej się dziwię, jak mogłam o nim zapomnieć. Elektryzujący, przestrzenny bit płynnie przeplata się z lekkim wokalem Mariki, wprowadzając mnie w trochę rozmarzony, trochę roztańczony nastrój. Pytanie I po co ten gniew? rozpływa się w eterze, zamieniając się w przyjemną i rozluźnioną melodię, której nie sposób się oprzeć.



The Dumplings  Dla nas KRS 0000 338 803. Ostatnio The Dumplings często się tutaj pojawiają, ale to najlepszy dowód na to, jak cenię sobie ich twórczość. A już zwłaszcza, gdy robią tak fajne charytatywne kawałki. Singiel tętni optymistycznym rytmem, który razem ze słowami wszystko jest sceną do tańca dla nas niezwykle szybko pozwala zapomnieć o troskach dniach codziennego i porywa na ową scenę do tańca.



Lao Che  Klucznik (Rozdziobią nas kruki i wrony). By napisać pracę zaliczeniową na studia, musiałam wreszcie zapoznać się z debiutem Lao Che. Długo z tym zwlekałam z różnych względów, ale Gusła utwierdziły mnie w przekonaniu, że drugiego takiego zespołu nie ma. Posłuchajcie tylko Klucznika. Ten utwór jest tak dziwaczny, bo zabawny i poważny zarazem, że po prostu wywołuje głupkowaty uśmiech, tupanie nogą pod biurkiem oraz nucenie podtytułu. Sztos.



Mamma Mia! Here We Go Again  Dancing Queen. Ten film to największe guilty pleasure w moim życiu. Nic dziwnego, że gdy obejrzałam drugą część Mamma Mii, soundtracki z obydwu części zagościły w moich słuchawkach na dobre. Najchętniej zapętlam Dancing Queen, bo nie mogę uwolnić się od beztroski, lata i radości płynącej zarówno z samego wykonania, jak i ze sceny filmowej. I pamiętajcie, Colin Firth is the one and only dancing queen.



Bluszcz  W naszych domach. Debiutanci sprzed dwóch lat, w których muzyce całkowicie się zakochałam, wreszcie powrócili. Płyta W naszych domach, wykonana całkowicie w ojczystym języku, jest dokładnie tym, czego oczekiwałam. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, bo niedługo pojawi się recenzja płyty, ale wiedzcie, że Bluszcz syndromu drugiej płyty zgrabnie uniknęli.



Sorry Boys  Jesteś pragnieniem. Od premiery Romy minęły już niemal trzy lata, zatem na nowy utwór Sorry Boys wręcz się rzuciłam. Jesteś pragnieniem zachwyciło mnie od razu. Swoją lekkością, uśmiechem i miłością przekazaną w tak niebanalny sposób. Nie wspominając o olśniewającej Beli. Nowy album zatytułowany po prostu Miłość ukaże się już w przyszłym tygodniu, a ja z pewnych źródeł wiem, że *spoiler* idzie jedna z najważniejszych płyt roku.



Fred Prest  Boy On Fire. Ileż ja się tego utworu naszukałam! Usłyszany w reklamie McDonald's ciągle za mną chodził, co nie jest niczym dziwnym. Pulsujący, wyraźnie pachnący 80'sowym sznytem kawałek porwał mnie totalnie, a już zwłaszcza niski, głęboki wokal tajemniczego Freda Presta. Sukcesu komercyjnego raczej Boy On Fire nie odniesie, ale to nic. Zwolennicy podobnych dźwięków na długo tego utworu nie wypuszczą.