Druga i ostatnia część mojego podsumowania 2022 roku to zestawienie ośmiu
albumów, które spodobały mi się najbardziej w ciągu ostatnich dwunastu
miesięcy. Zależało mi, by wyszczególnić te płyty, do których faktycznie
wracałam często i z radością – stąd poniższa lista jest oszczędna, ale pełna
pięknych dźwięków. Enjoy!
8. Natalia Przybysz – Zaczynam się od miłości. Ta
płyta od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Od początku można było się
spodziewać, że niepublikowane dotąd teksty Kory w rękach Natalii Przybysz
zyskają nowe życie. I tak też się stało. Zaczynam się od miłości to płyta pełna
emocji, ciepła, miłości do natury, drugiego człowieka i świata. Wszystko to
dostajemy w akompaniamencie żywych, ujmujących melodiach, które na długo zostają
w pamięci. Przeczytaj pełną recenzję »
7. Sorry Boys – Renesans. Grupa Sorry Boys wypracowała unikatowe brzmienie, którego chyba nie
da pomylić się z żadnym innym. Z każdym kolejnym krążkiem pozwalają sobie na więcej
eksperymentów i ta reguła nie ominęła Renesansu. Jest bardziej mainstreamowo, taniecznie, popowo. Jednak trudno to nazwać
typowym, komercyjnym popem, bo nie dość, że Sorry Boys wyróżniają się wyjątkowym
wokalem Beli Komoszyńskiej, to – tak jak i na poprzednich płytach – zespół nie
odmawia sobie odniesień m.in. do folku.
6. The Weeknd – Dawn FM. Ostatni krążek The Weeknd, skonstruowany na zasadzie radiowej audycji,
towarzyszył mi przez cały rok. Ciemne, pulsujące bity zyskały moją sympatię od
pierwszych sekund – jest to bowiem taki rodzaj muzyki elektronicznej, który
cenię sobie najbardziej. Czerpiący z lat 80., mroczny, tajemniczy,
hipnotyzujący. Szczególną fanką The Weeknd jeszcze siebie nie nazwę, ale z
każdym nowym albumem artysty powoli się do tego miejsca zbliżam.
5. Bluszcz – Nowy Pop. Z
ogromną niecierpliwością czekałam na następcę Kreszu, który w 2020 roku zdobył pierwsze miejsce mojego podsumowania (ex aequo z Kasią Lins).
Nowy Pop to dobra kontynuacja Kreszu, jednak po jego wielokrotnych lekturach wciąż czuję pewien niedosyt. Nie
zmienia to faktu, że najświeższa propozycja Bluszczu to krążek godny uwagi.
Delikatne, błogie i swojskie dźwięki prowadzą nas w sielski, leniwy klimat, a
teksty, choć nieskomplikowane, utkwią w głowie.
4. Ofelia – 8. W recenzji
drugiego albumu Ofelii narzekałam trochę na promocję tej płyty, w wyniku której
w dniu premiery znaliśmy ponad połowę piosenek z 8. Niemniej w obliczu jakości tych utworów, trzeba przymknąć oko na ten szczegół
i skupić się na fantastycznej dawce electro popu, jaką zaserwowała nam Ofelia.
8 to nie tylko zestaw chwytliwych kompozycji, ale także okazja, by
lepiej poznać samą artystkę – a dokładniej jej osiem wcieleń. Przeczytaj pełną recenzję »
3. Piotr Zioła – Wariat. Powiem wprost – tęskniłam za charakterystycznym, trochę zachrypniętym
wokalem Piotra Zioły. Uświadomiłam sobie to w momencie, gdy jego długo
wyczekiwany drugi krążek wreszcie ujrzał światło dzienne.
Wariat zachwyca bogatymi warstwami brzmieniowymi, które
inspirowane są wieloma gatunkami, ale przede wszystkim autentycznością. Tak
szczere i niekiedy intymne wyznania, na jakie zdecydował się Piotr, sprawiają,
że nie da się obok Wariata przejść obojętnie. Przeczytaj pełną recenzję »
2. Mrozu – Złote bloki. Można by zarzucić Mrozowi: ale to już było. Bo rzeczywiście,
Złote bloki zgrabnie kontynuują kierunek obrany na poprzednich
płytach artysty (Zew i Aura). Ale skoro coś się sprawdza, to po co to zmieniać? A blues-rockowy, trochę
oldskulowy klimat z popowymi inspiracjami pasuje do Mroza jak ulał, co udowadnia
po raz kolejny. Złote bloki pełne są dobrych wersów, wciągających
melodii i wyjątkowego, retro-nowoczesnego nastroju. I mimo że to już znamy
(proszę nie odebrać tego jako zarzutu o odgrzewanie kotletów), to jednak
w przypadku Mroza ciągle chce się więcej.
1. Igo – IGO
W zeszłym roku Bass Astral x Igo zajęli u mnie pierwsze miejsce z płytą
Satellite. Sama nie spodziewałam się, że rok później, po rozpadzie duetu, Igo wróci na
to zaszczytne miejsce z solowym repertuarem. A jednak! Nie ukrywam, że w
imiennym krążku Igo zakochałam się od pierwszego przesłuchania. To, co
proponuje nam artysta, to pochodne jego poprzednich projektów (wspomnianego
już Bass Astral x Igo oraz zespołu rockowego Clock Machine), ale nie warto tak
spłycać, bo w każdej piosence czujemy i słyszymy duszę samego Igo. Zaczynając
od romantycznej, uroczej Heleny, przez nieoczywiste, okraszone trąbkami
Sooner or later, aż po wyjątkowe duety z Mrozem, Królem i Magierą oraz
mroczne, rapowane Insecure. Znajdziemy tu wszystko (no, może prawie
wszystko), ale nie czujemy przesytu – przeciwnie, takiego Igo chce się słuchać
bez końca. Ja to czynię od momentu premiery krążka i do tego samego Was
zachęcam.
Pozostałe krążki z 2022, które warto poznać:Ania Leon –Łezki, Brodka – Sadza,
ThunderFuzz –Anti Body, Arctic Monkeys – The Car, Taylor Swift – Midnights, Natalia Szroeder – Pogłos Suplement
Numery 1. z pozostałych lat:
2021: Bass Astral x Igo – Satellite
2020: Kasia Lins – Moja wina i Bluszcz – Kresz [ex aqueo]
Lana del Rey –National Anthem. Trochę wstyd się przyznać, ale jeżeli chodzi o
Lanę del Rey to zatrzymałam się na jej drugiej płycie, czyli
Ultraviolence. Ciągle obiecuję sobie, że wreszcie wezmę się za pozostałą dyskografię
artystki, ale mimo to chętniej sięgam po jej pierwsze poczynania. I choć
National Anthem nie jest moim ulubionym utworem Lany, to ostatnio
często za mną chodzi. Uwielbiam połączenie elegancji i nonszalancji, które
można tutaj usłyszeć. A na resztę albumów jeszcze przyjdzie czas.
Bluszcz –Odra. Mile zaskoczyła mnie wieść o nowej piosence grupy Bluszcz.
Jak pewnie dobrze wiecie, mam do ich twórczości słabość, więc od razu
przesłuchałam Odrę i cóż mogę powiedzieć – pokochałam ten utwór od pierwszych dźwięków. Niepodrabialny klimat
nostalgii podscyony niespiesznym elektronicznym bitem wystarczył, by mnie
zachwycić. Nie wspominając już o świetnym tekście i równie fantastycznym
wokalu.
Lorde–Bravado. Moja opinia względem najnowszego albumu Lorde nie
będzie odstawała od przeważających negatywnych zdań.
Solar Power szybko mnie znudził i jeszcze szybciej wyleciał z
mojej pamięci. Zamiast tego wróciłam do chyba najlepszego, a przynajmniej
mojego ulubionego, kawałka Nowozelandki. Bravado wciąż zachwyca
tajemniczością, mrokiem i niepowtarzalną atmosferą.
Męskie Granie Orkiestra 2020–Bananowy Song. Dwa wpisy temu wspominałam, jak bardzo spodobało
mi się to wykonanie, gdy usłyszałam je na żywo. Cóż, Bananowy Song w
wersji Orkiestry Męskiego Grania wkręcił się we mnie na tyle, że trudno się od
niego uwolnić. Lubię luz, radość i niejaką nonszalancję płynące z tego utworu,
ale najbardziej urzeka mnie zabawa, którą słychać w każdym dźwięku.
Happysad–Zanim pójdę. Przez długi czas uważałam, że zachwyty nad
szlagierem grupy Happysad są przesadzone. Owszem, przyjemne to i chwytliwe,
ale co poza tym? Okazało się, że Zanim pójdę ma w sobie jakiś
niewytłumaczalny magnes, który po prostu każe wracać raz po raz. Jest to
bardzo nośny numer z prostym tekstem, który błyskawicznie zapada w pamięć. Z
każdym kolejnym odsłuchem zwyczajnie chce się śpiewać oraz bujać w rytm tego
kawałka.
Maneskin–Beggin. Zdaje się, że szał na Maneskin trwa w najlepsze.
Zupełnie się temu nie dziwię i, co więcej, sama do fanów grupy należę.
Niedawno trafiłam na cover znanego kawałka Beggin i mimo że oryginał
(zespół The Four Seasons, 1967) jest dla mnie niepokonany, to wersja włoskiej
grupy także zasługuje na uwagę. Zwłaszcza początek, gdy wokalista popisuje się
swoim zachrypniętym głosem, wywołuje u mnie ciarki.
Swiernalis –Blizny. Bardzo żałuję, że Swiernalis nie jest (jeszcze) znany na
szerszą skalę. Za każdym razem, gdy wracam do płyty
Psychiczny Fitness nie mogę wyjść z podziwu nad jej zawartością.
Trudno wymienić najlepsze momenty tego krążka, ale nie będę ukrywać, że
energetyczne, choć podszyte pewnym smutkiem Blizny każdorazowo mnie
ruszają. Zarówno pod względem muzycznym, wokalnym, jak i lirycznym. Po prostu
wow.
Czas na drugą i ostatnią część podsumowania 2020 roku. Początkowo miało być
tylko 8 albumów, ale zaokrągliłam liczbę do 10, bo nie mogłam nie wyróżnić
pewnych dwóch albumów. Nie przedłużając, zapraszam na zestawienie płyt, które
zrobiły mi 2020 rok – zachwyciły, dały chwilę oddechu i masę radości.
10. Julia Marcell –Skull Echo. Głęboka, nasycona elektroniką płyta. Hipnotyzująca i szybko zapadająca w
pamięć, łatwo uzależniająca. Tak w skrócie można opisać Skull Echo,
kolejny krążek w dorobku Julii Marcell. Uwielbiam tę tajemniczą, nieco
mroczną odsłonę artystki. Od samego początku wokalistka raczy nas
wspaniałymi dźwiękami, oprowadzając nas po swoim wyjątkowym świecie. A świat
to niesłychanie wciągający. Recenzja »
Ulubione:Celebral Bliss, Moment i wieczność,
Nostalgia
9. Swiernalis –Psychiczny Fitness.
Choć ten krążek wysłuchałam w całości dopiero po Nowym Roku, zachwycił mnie
na tyle, że nie mogłam go pominąć w tym zestawieniu. To moje pierwsze
dłuższe spotkanie z twórczością Swiernalisa, ale jakże udane.
Energetyczne numery przeplatają się z stonowanymi, chwilami wręcz
balladowymi, dzięki czemu płyta się nie nudzi i chce się do niej wracać.
Warto zwrócić także na intrygujące, bardzo udane warstwy tekstowe oraz
oryginalne połączenia brzmieniowe.
Ulubione:Tango, Tron, Piękno, Blizny
8. Miuosh –Powroty. Po płycie POP. z 2017 roku byłam bardzo ciekawa, jak będzie
brzmieć następca tego albumu. Powroty co prawda porwały mnie w
mniejszym stopniu niż wspominany POP., ale wciąż jest to krążek, do którego często wracałam i który trafił do
mnie bez oporu. Co przecież interesujące, bo jak dobrze wiecie, za rapem nie
przepadam i nie słucham na co dzień. Niemniej twórczość Miuosha cechuje się
nie tylko chwytliwymi melodiami, ale także świetnymi tekstami.
Recenzja »
Ulubione:Motyle, Lęk, Diamentova
7. RAYE –Euphoric Sad Songs. Ten krążek pewnie będzie zaskoczeniem, bo nie wspominałam o RAYE ani razu.
Pomimo tego końcówka roku upłynęła mi właśnie pod znakiem Euphoric Sad Songs
i nie mogłam o tym nie wspomnieć. Tytuł celnie odwzorowuje to, co na płycie
zawarto – piosenki przesiąknięte smutkiem i zawodem zawoalowano w taneczne
melodie. Gdy dodamy do tego fajny wokal, z lekka przypominający Duę Lipę,
otrzymamy dobry, popowy album.
Ulubione:Regardless, Change Your Mind,
Natalie Don't
6. Selena Gomez –Rare.
Początek roku z kolei zdominował najnowszy album Seleny Gomez. Bardzo podoba
mi się kierunek, jaki obrała artystka. Miękka elektronika przyozdobiona
słodkim wokalem Seleny umilała mi czas przez wiele miesięcy. Choć
całokształt może zdawać się nieco nużący i nadto spójny, naleciałości innych
gatunków (jak np. r'n'b czy latino) skutecznie urozmaicają ten zestaw
utworów. Wydaje się, że Selena odnalazła siebie w muzyce i mam cichą
nadzieję, że jej kolejne krążki będą równie udane co Rare.
Ulubione: Ring, Vulnerable, Feel Me
5. The Weeknd –After Hours.
Po świetnej EPce My Dear Melancholy, miałam pewne oczekiwania
względem kolejnego pełnoprawnego krążka The Weeknd. I nie zawiodłam się, bo
dostałam to, co najbardziej lubię – głębokie, nocne brzmienia, koncentrujące się głównie na elektronice.
Takie, które obezwładniają zmysły. Nie dziwię się, że singlowe Blinding Lights
odniosło ogromne sukcesy, bo to rewelacyjny numer, który idealnie
odzwierciedla to, jak brzmi całe After Hours.
Ulubione:After Hours, Blinding Lights,
In Your Eyes
4. Karaś/Rogucki –Ostatni Bastion Romantyzmu.
Gdy tylko dowiedziałam się o powstaniu tego duetu, wiedziałam, że to będzie
coś, na co będę czekać z niecierpliwością. I rzeczywiście tak się stało.
Projekt Kuby Karasia i Piotra Roguckiego towarzyszy mi od dnia premiery i
niezmiennie wsłuchuję się w niego z przyjemnością. Rock pomieszany z
elektroniką, utrzymane w niepokojącym, trochę nerwowym nastroju i z tekstami
niekiedy fatalistycznymi, niekiedy przyziemnymi. Rzecz warta każdej uwagi.
Ulubione: Kilka westchnień, Ciociosan, Katrina
3. Rosalie. –IDeal.
Swoim pierwszym albumem Rosalie. pozytywnie mnie zaskoczyła, nagrywając
album w klimacie r'n'b, co na polskim podwórku jest nieczęste. Przy okazji
IDeal wokalistka utrzymała charakter płyty
Flashback, ale postawiła na chwytliwsze rozwiązania, czym totalnie mnie kupiła. Jest
to najczęściej słuchany przeze mnie krążek z zeszłego roku. I wciąż nie
wyobrażam sobie choćby jednego dnia bez posłuchania moich ukochanych utworów
z tej płyty.
Recenzja »
Pierwszy raz znalazłam się w sytuacji, w której nie potrafię jednoznacznie
wskazać mojego ulubionego krążka z danego roku. W zarysach tego
podsumowania w jednym momencie zwyciężał Bluszcz, w drugim – Kasia Lins. Każda decyzja wydawała mi się niesprawiedliwa i
nieadekwatna, dlatego zarówno Kresz, jak i Moja Wina zasługują na miejsce pierwsze, choć są to
krążki z zupełnie innych bajek. Trzecia płyta grupy Bluszcz to podróż w
lata 80. – tak w tekstach, jak w samej muzyce. Podróż nostalgiczna, magiczna i
porywająca. Taka, w którą zawsze chętnie wyruszam i z której niechętnie
wracam. Z każdym odsłuchem zatracam się coraz bardziej w tęskną, pełną
emocji przestrzeń, jaką stworzyli bracia z grupy Bluszcz. Z kolei nowy
album Kasi Lins to fuzja przeróżnych instrumentów, teatralnej, chwilami
podniosłej atmosfery, oszałamiającego wokalu i inteligentnych,
nietuzinkowych tekstów. Prawdziwa mieszanka wybuchowa, obok której nie
potrafię przejść obojętnie i która zostanie ze mną na lata. Zaryzykuję
stwierdzenie, że moc Mojej Winy przetrwa długi czas w
świadomości nie tylko mojej, ale i każdego, kto będzie miał z tą płytą
styczność.
Obydwa albumy darzę niewysłowioną – bo trudno mi ująć uczucia, które towarzyszą mi podczas słuchania
tych płyt, w zaledwie kilka zdań – miłością. Bezwarunkową. Uzależniającą. I nie potrafię rozstrzygnąć,
która podoba mi się bardziej. Obie porwały mnie w tym samym stopniu, ale
czym innym i na różne sposoby. Dlatego nie mogłam postąpić inaczej niż
przyznając miejsce 1. dwóm krążkom.
Ulubione z Mojej Winy: Morze Czerwone,
Moja wina, Śniłam, że jest spokój
Na dalszych miejscach znaleźliby się (kolejność losowa): Dua
Lipa –Future Nostalgia, Mela Koteluk & Kwadrofonik –Astronomia poety. Baczyński, Hurts – Faith, Better Person –Something To Lose, Nothing But Thieves –Moral Panic, Julia Marcell –Skull Echo, Hania Rani –Home, Soko –Feel Feelings
Rok 2020 pod względem muzyki był całkiem udany. Pojawiło się sporo piosenek i
krążków, które naprawdę mi się spodobały. Niemniej mam ogromne zaległości,
jeżeli chodzi o bieżące zapoznawanie się z premierami, dlatego tegoroczne
podsumowania będą wyjątkowo zwięzłe – 20 ulubionych utworów (plus bonusowe,
ułożone losowo w playliście) oraz 8 ulubionych płyt. Standardowo zaczniemy od
pojedynczych kompozycji.
W tym roku postanowiłam organiczyć się do 20 miejsc, bo choć mogłabym tę listę
znacznie wydłużyć, to nie miałoby to zbytniego sensu, gdyż najczęściej
pojawialiby się ci sami artyści, tyle że z innymi kawałkami. Dlatego w mojej
topowej dwudziestce znajdziecie (ponad, licząc duety) dwudziestu artystów z
piosenkami, które najbardziej utknęły mi w głowie w ostatnich miesiącach i
które wciąż cieszą mnie tak samo, jak przy pierwszym odsłuchu. A może nawet
bardziej. Uszeregowanie ich w obecnej kolejności bylo niełatwym zadaniem, ale
ta sekwencja mniej więcej oddaje rzeczywistość. W pierwszej dziesiątce, a
zwłaszcza w piątce, porządek jest umowny – można by go odwrócić do góry nogami
i też byłoby dobrze.
Ale kończąc ten przydługi wstęp, zapraszam na podsumowanie 2020 roku!
20. Better Person –Glendale Evening. Zachwyciła mnie ta piosenka od pierwszych sekund.
Żałuję, że błogi, spokojny nastrój w połowie przybiera mroczniejszy charakter,
bo choć jest to niewątpliwe urozmaicenie i dobry zwrot akcji, to dźwięki
pianina z początku całkowicie mnie uwiodły. Nie zmienia to faktu, że Glendale
Evening to moja ulubiona kompozycja z płyty Better Persona.
19. The Weeknd –After Hours. Najnowszy krążek The Weeknd tak mi się spodobał, że
zażyczyłam go sobie jako prezent na urodziny. Wszystkie numery na nim zawarte
kupiły mnie nocną elektroniką i świetnym nastrojem. Kwintesencją tego jest
tytułowy kawałek, który wieczorami brzmi po prostu wspaniale. I nawet nie
drażni mnie podwyższony wokal, co zwykle ma miejsce.
This time I won't break your heart
18. Selena Gomez –Feel Me. Sama jestem zaskoczona, jak bardzo wkręciło mi się Feel Me i
jak często do niego wracałam. Chociaż słowa tej piosenki są smutne i
opowiadają o zawodzie miłosnym, pulsujący rytm sprawia, że chce się tańczyć.
Lubię takie dwupoziomowe kontrasty, tym bardziej kiedy dziewczęcy i delikatny
wokal dopełnia to wszystko.
Do you stay up late just so you don't dream?
17. Nothing But Thieves –Phobia. Utwór, który przyprawia mnie o ciarki. Rewelacyjnie zbudowaną
atmosferę grozy i niepewności uzupełnia będący na granicy szeptu wokal oraz
niepokojąca, ale szczera warstwa tekstowa. Genialnie ten kawałek rośnie i
nabiera mocy. Zmienia się też operowanie głosem, który ostatecznie przechodzi
w rozgorączkowany niemal krzyk. Cudo.
I fucking hate the internet
16. Karaś/Rogucki –Kilka westchnień. Odkąd tylko dowiedziałam się, że Kuba Karaś i Piotr
Rogucki podejmują współpracę, nie mogłam się jej doczekać. I powstał crossover
The Dumplings i Comy, który wyszedł bezbłędnie. Kilka westchnień wyróżnia się
przede wszystkim tekstem – zwięzłym, oszczędnym, trochę złowieszczym,
skłaniającym do przemyśleń.
Trzykropek, trzykropek, hasztag, oddech
15. Dua Lipa –Break My Heart. Kogo jak kogo, ale Duy Lipy zabraknąć tutaj nie mogło.
Chwilę wahałam się, czy to właśnie ta piosenka powinna się tutaj znaleźć, ale
biorąc pod uwagę, jak często towarzyszyła mi przez ostatnie miesiące, wybór
zdaje się oczywisty. Najbardziej ujmuje mnie zabawa wokalem w refrenie i jego
zadziorny charakter.
When you said hello I knew that was the end of it all
14. Kamp! –Play Me Dirty. Kamp! to trochę mój zespół-pewnik – nieważne, co
wydadzą, mnie i tak to się spodoba. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek była
zawiedziona ich którymkolwiek materiałem. Żałuję jedynie, że nie dane mi było
usłyszeć kapitalnego Play Me Dirty, który jest moim hitem ostatnich wakacji,
na żywo. Ale jeszcze nic straconego, miejmy nadzieję.
I know we could be friends
13. Jessie Ware –Spotlight. Brytyjską wokalistkę zawsze kojarzyłam z elegancją i
wysublimowanymi melodiami. Nie inaczej jest i teraz, kiedy to Jessie Ware
postawiła na tętniące, ale zduszone rytmy disco. Z nowej płyty najbardziej
upodobałam sobie singlowe Spotlight, które nieustannie zachwyca mnie swoim
wdziękiem, klasą i klimatem retro.
Can't stop me from believing
12. Quebonafide i Daria Zawiałow – Bubbletea. Nie dziwi mnie, że był to najczęściej odtwarzany w zeszłym roku
polski utwór. Nie zdziwię się też, jeżeli ktoś ma przesyt Bubbletea, bo w
pewnych momentach można było usłyszeć tę piosenkę wszędzie. Mnie to jednak nie
przeszkadza, a wręcz cieszy, bo duet Quebo i Darii to naprawdę udane
przedsięwzięcie, cudownie ukazające tęsknotę.
Tęsknię do tego gówniarskiego życia, ale chyba jednak wolę to na zdrowo
11. Krzysztof Zalewski –Annuszka. Nowa płyta Zalefa to mój największy zawód 2020 roku, co
przyznaję z bólem serca. Cieszę się jednak, że przynajmniej kilka z
premierowych utworów zostało ze mną na dłużej, a jednym z nich jest Annuszka.
Przekonywałam się do niej długo, ale ostatecznie mocny, elektroniczny bit oraz
tęskny tekst zyskały moją sympatię.
A co jeśli zostało nam tylko pięć minut życia? Tik-tak
10. Męskie Granie Orkiestra '20 –Świt. Skład Orkiestry 2020 zaskoczył mnie i ucieszył jednocześnie.
Zaskoczył, bo to połączenie z różnych światów. Ucieszył, bo każdego artystę
bardzo sobie cenię. Świt jest powiewem świeżości w męskograniowym dorobku; tak
lekkiego i zarazem energicznego kawałka chyba jeszcze nie było. Niezmiennie
najbardziej zachwyca mnie zwrotka Igo, który daje prawdziwy popis swoich
wokalnych możliwości.
Chcemy dalej dojść niż na wyciągnięcie ręki
9. Kwiat Jabłoni –Mogło być nic. Ich muzyka kojarzy mi się z niewinnością, szczerością i
ciepłem. Mogło być nic też wpisuje się w tę konwencję. Dodatkowo utwór ten
daje potężny zastrzyk nadziei oraz pogody ducha, bo przekaz jest znany, ale
prosty: cieszmy się z tego, co mamy. W obliczu obecnej pandemii to wydaje się
szczególnie ważne.
I to zapiera dech, że obok Ciebie jest ktoś
8. Hurts –Suffer. Starzy, dobrzy Hurts, można by rzec. To była moja pierwsza myśl,
kiedy słuchałam Suffer i rzeczywiście, singiel odnosi się do płyty Exile
sprzed 7 lat, mojej ulubionej z dorobku brytyjskiego duetu. Jest mrocznie,
tajemniczo, elektryzująco. Mimo że na zeszłorocznej już płycie, Faith,
znajdziemy lepsze utwory od tego, to właśnie Suffer najczęściej słuchałam.
I lose myself in you
7. Julia Marcell –Cerebral Bliss. Julia Marcell zapewniła nam prawdziwą ucztę dla zmysłów
tą kompozycją. Zaczyna się niepozornie, by później rozkręcić się i
zaprezentować całą gamę różnorodnych, ale krążących wokół elektroniki
rozwiązań. To też jeden z niewielu przypadków, gdy anglojęzyczna wersja podoba
mi się bardziej od polskiej.
Some say I'll fly, some say I will fall
6. Miuosh i Igo –Motyle. Miuosh kontynuuje łączenie rapu z innymi gatunkami muzycznymi i
wciąż idzie mu to dobrze. Bardzo dobrze. Album Powroty to zdecydowanie jedna z
ciekawszych propozycji z zeszłego roku, ale na szczególną uwagę zasługuje duet
z Igo. Motyle to niejakie rozliczenie się z przeszłością, w którym znów
najlepszą robotę robi właśnie Igor Walaszek.
Mam parę lat nocy bez snu, parę lat chwil, gdy brakuje słów
5. Bass Astral x Igo –Bikini. Już trzeci utwór w tym zestawieniu, w którym słyszymy Igora.
Nie ukrywam, że mam słabość do jego wokalu, tak samo zresztą jak i do singla,
promującego nadchodzący krążek duetu z Bass Astralem. Bikini to coś nowego w
ich twórczości, coś bardziej żywiołowego, mroczniejszego i nieoczywistego.
Przebieram nogami z niecierpliwością na pełnoprawny album.
Grab you thoughts and show cold blood
4. Artur Rojek –Bez końca. Przez długi czas to właśnie Bez końca zajmowało szczyt tego
zestawienia. Choć spadło poza podium, wciąż żywię do tego numeru bezbrzeżną
sympatię. Nie dość, że warstwa liryczna jest przepiękna i emocjonalna, muzyka
pełna energii, to tańczący Rojek sprawia, że nie da się nie uśmiechnąć przy
tej kompozycji. Choć ma ona w sobie trochę smutku.
Gasisz we mnie wojny i przykładasz lód
3. Rosalie. –Zapomniałam jak
Album Rosalie. całkowicie zdominował pierwszą połowę mojego roku. Jeżeli
wierzyć statystykom z Last.fm, był to najczęściej słuchany przeze mnie krążek
w ciągu ostatnich 365 dni, a Zapomniałam jak– 5. najczęściej słuchaną
piosenką. To tylko świadczy o moim szczerym uwielbieniu zarówno dla
pojedynczego nagrania, jak i całej płyty.
Nic nie poradzę, że mam więcej wspomnień
2. Bluszcz –Sopot '86
Bez wątpienia najpiękniejsza wolna piosenka ostatnich miesięcy. A może i lat.
Już dawno żadna nie porwała mnie tak bardzo, jak Sopot '86. Pełna
delikatności, wspomnień, uczuć, podszyta niespiesznym bitem. Niezwykle
nastrojowa, co zresztą podkreśla powolny, nieco nonszalancki wokal. To jedna z
tych kompozycji, o których nie ma co się za bardzo rozpisywać, wystarczy
posłuchać.
Nie słucha tanich bzdur, w sercu ma Niemena
1. Kasia Lins – Morze Czerwone
Między Morzem Czerwonym a Sopot '86 toczyła się zacięta walka o miejsce
pierwsze. Ostatecznie zwyciężyła potężna, fantastycznie skonstruowana
kompozycja Kasi Lins. Tak naprawdę mogłabym wstawić tutaj którąkolwiek
piosenkę z Mojej Winy, a wybór wciąż byłby adekwatny, ale to właśnie Morze
Czerwone zrobiło na mnie największe wrażenie. Wrażenie, które potęguje się z
każdym kolejnym odsłuchem. Nie mam słów na to, co Kasia robi tutaj ze swoim
wokalem. Niesamowicie emocjonalna warstwa liryczna, złowieszczy i teatralny
wręcz charakter oraz właśnie manewry wokalne Kasi każdorazowo wywołują u mnie
dreszcze. Majstersztyk.
I nie będzie nas, choć jak Mojżesz szłam przez Morze Czerwone
Informacja o nowej płycie duetu Bluszcz nieco mnie zaskoczyła, bo
zaledwie rok temu ukazał się poprzedni album –W naszych domach. Niemniej byłam niesamowicie ciekawa, biorąc pod uwagę wcześniejsze
dokonania zespołu, jak będzie brzmiała tegoroczna premiera. I choć
spodziewałam się, że Kresz będzie stał na wysokim poziomie, to
nie przypuszczałam, że będzie to tak wspaniałe wydawnictwo. Pod każdym
możliwym względem.
Bluszcz debiutowali w 2017 roku płytą Junior. Pamiętam, jakie wrażenie wywarły na mnie te nagrania – współczesne dźwięki, ale z tchnieniem nostalgii, którą zaznaczono także
na okładce. Krążek W naszych domach, chociaż wciąż bardzo dobry, nie zachwycił mnie tak, jak właśnie
Junior. Pomimo to często do niego powracałam i cieszyłam się, że muzycy postanowili
tym razem dorzucić też polskie teksty. Na Kreszu nie dość, że
poziom wystrzelił poza skalę, to jeszcze warstwy tekstowe wszystkie są w
języku polskim. Nie mogło być lepiej.
Kresz jest świetnie skonstruowany – zaczynając od właśnie słów, przez charakterystyczny, tajemniczy wokal,
aż po linie muzyczne. Słuchając tej płyty, od razu przenosimy się do PRL-u.
Ale w takim pozytywnym znaczeniu. Artyści w rewelacyjny sposób znów połączyli
nowoczesność z przeszłością. Kresz to przemyślana opowieść o
miłości, wolności i młodości, wyrażona za pomocą elektronicznych, chillowych
melodii, a także cudownych tekstów, napisanych właśnie w taki sposób, jak
pisało się przed dekadami. Nie brakuje zresztą bezpośrednich odniesień do
kultury tamtych czasów (Jak Uma Thurman w tańcu /
Jak Patti Smith,lecz Poli Raksy twarz). Warstwy słowne są
proste, nieskomplikowane, ale jednak dotykają ważne kwestie. Są wprost
nadzwyczaj chwytające i urokliwe.
Niełatwym zadaniem jest wskazanie najlepszych (czy moich ulubionych) utworów.
Nie będę jednak ukrywać, że są piosenki, które z miejsca mnie urzekły.
Zaliczam do nich Lata dwudzieste, Sopot '86,
Lamparty oraz Kurorty. Pierwsza z nich, będący jednocześnie
singlem promującym, odznacza się całkiem tanecznym rytmem, niemniej warstwa
tekstowa jest trochę smutna i prawdziwa zarazem, skłaniająca do refleksji.
Podoba mi się też delikatny ukłon w stronę Myslovitz (Wieczorami mali chłopcy sięgają po telefon / Śledzą konta dziewczyn, które
nie chcą ich znać). Również chwytliwą melodią mogą poszczycić się Lamparty; przy tym
kawałku nogi same rwą się do tańca. Uwielbiam moment, gdy padają słowa
Ona słucha Beastie Boys – wówczas od razu chce się pląsać.
Kurorty z kolei to trochę pomost między dotychczasowymi
płytami – całkowity minimalizm oraz koncentracja na warstwie muzycznej
zaczerpnięte z Juniora oraz recytowane wprowadzenie z albumu
W naszych domach bezbłędnie wpisują się w konstrukcję
Kreszu. Bezkonkurencyjnym jednak dla mnie kawałkiem jest
Sopot '86– nie znam chyba drugiej tak pięknej, klimatycznej i wyjątkowej
kompozycji, przesiąkniętej namacalnymi wręcz emocjami. Prawdziwy majstersztyk.
Kresz jest płytą bardzo skondensowaną – trwa zaledwie 33 minuty i w tym czasie otrzymaliśmy świetnie
ukształtowaną historię. Intensywną, ale nieprzesadzoną. Utrzymaną w jednej
stylistyce, ale urozmaiconą i nienudną. Muzycy zachowali balans między
spokojnymi i tanecznymi utworami. Od siebie dodam, że Kresz jest
dla mnie jednym z najlepszych krążków tego roku i nieśmiało życzę sobie więcej
tak fantastycznych dźwięków – nie tylko od grupy Bluszcz.
Lubię muzykę niewymuszoną. Tworzoną na zupełnym luzie, bez
fałszu i bez ciśnienia na lajki. Jestem zdania, że dobra muzyka (zresztą nie
tylko muzyka) obroni się sama, jeżeli tylko będzie autentyczna. Może dlatego
odkąd dwa lata temu poznałam duet Bluszcz tak bardzo się zachwyciłam ich
albumem Junior. Kupiła mnie nie tylko genialna okładka, ale przede wszystkim
totalnie rozluźniona warstwa muzyczna. Byłam niezmiernie ciekawa, czy ta
beztroska pojawi się także na drugiej płycie, W naszych domach. Owszem,
pojawiła się, ale nie jest osamotniona.
W naszych domach zdaje się kontynuacją Juniora. Artyści
wciąż oscylują wokół elektronicznych, chillwave’owych melodii, które płyną
gładko i niepostrzeżenie. Odnoszę jednak wrażenie, że druga płyta jest trochę
bardziej urozmaicona. Wyraźnie słychać progres, jaki duet przeszedł od Juniora
do W naszych domach. Kompozycje są zdecydowanie bardziej nastrojowe; łatwiej
wejść w malowany dźwiękami nocny klimat, pulsujący energią i świeżym
powietrzem. Całość przyjemnie pachnie 80’sami, choć nawiązania do tej dekady
nie stanowią głównego elementu piosenek.
Warto także zaznaczyć, że wszystkie teksty zostały napisane
po polsku, co dla mnie jest dużym plusem. Zwłaszcza że teksty stoją na bardzo
wysokim poziomie. Trudno zarzucić im banalność czy przeciwnie,
pseudopoetyckość. Są idealnie wyważone, podobnie jak warstwa muzyczna – pisane
bez spięcia, brzmią prawdziwie i aż chce się w nie wierzyć.
Pomimo sympatii, jaką darzę warstwę tekstową, trochę więcej
poświęcam utworom instrumentalnym. Mogę w całości skoncentrować się na
przyjemnie rozprzestrzeniającej się melodii. Już otwierający album numer
Jeziora słone fajnie buja, ma taneczny i chwytliwy rytm, wpuszczający trochę
wakacyjnej beztroski. Zasadniczo każdy instrumentalny kawałek można podpiąć pod
ten opis, choć trzeba zaznaczyć, że słuchając ich po kolei, nie odnosi się
wrażenia, że słuchamy jednej, przydługiej piosenki. Są podobne, ale każda z
nich stanowi odrębną historię.
Do najciekawszych momentów należy zaliczyć cztery numery:
Retman, Parkiet, W naszych domach i Sorrentino. W Retmanie zachodzi ciekawy
kontrast pomiędzy rytmiczną melodią a melancholijnym tekstem. Całokształt
silnie oddziałuje na zmysły, tak jak Parkiet, chyba najbogatszy dźwiękowo i w
ogóle najbardziej zwracający uwagę kawałek na płycie. Ciśnie mi się na usta
sformułowanie „stłumione disco”, ze względu na duszny i tętniący energią
klimat. W naszych domach zalicza się do tych niefrasobliwych, leniwych numerów,
idealnie pasujących do nadchodzącej pory roku. Podobnie jak Sorrentino zresztą
– uwielbiam ten niespieszny zarówno bit, jak i sposób śpiewania. Robi się tak
błogo, że jedyne, na co ma się ochotę, to ciągłe leżenie do góry brzuchem.
Liczyłam na mocny powrót i nie rozczarowałam się. Bez
wyrzutów sumienia i wątpliwości już teraz zaliczam W naszych domach do
najlepszych polskich premier tego roku. Jako zwolenniczka elektroniki z nurtu
chill, synth i tropical, nie mogę przejść obojętnie obok tak dopracowanych
kompozycji. Cenię sobie minimalizm – tak w tekstach, jak i w muzyce – zatem
zdaje się, że W naszych domach to album dla mnie idealny. Nic dziwnego więc, że
od ponad dwóch miesięcy nie wypuszczam go ze swoich słuchawek. Może jestem
nazbyt entuzjastyczna, ale jak tu nie być rozemocjonowanym, gdy trafia się na
muzykę tak trafiającej do Twojej duszy? Chyba się nie da. Panowie, chapeaux
bas.
★★★★★★★★★☆
po-słuchaj:Retman, Parkiet, W naszych domach, Sorrentino
Pawbeats ft. Marika –Gniew. Przypomniałam sobie o tym utworze całkiem niedawno i dalej się dziwię, jak mogłam o nim zapomnieć. Elektryzujący, przestrzenny bit płynnie przeplata się z lekkim wokalem Mariki, wprowadzając mnie w trochę rozmarzony, trochę roztańczony nastrój. Pytanie I po co ten gniew? rozpływa się w eterze, zamieniając się w przyjemną i rozluźnioną melodię, której nie sposób się oprzeć.
The Dumplings –Dla nas KRS 0000 338 803. Ostatnio The Dumplings często się tutaj pojawiają, ale to najlepszy dowód na to, jak cenię sobie ich twórczość. A już zwłaszcza, gdy robią tak fajne charytatywne kawałki. Singiel tętni optymistycznym rytmem, który razem ze słowami wszystko jest sceną do tańca dla nas niezwykle szybko pozwala zapomnieć o troskach dniach codziennego i porywa na ową scenę do tańca.
Lao Che –Klucznik (Rozdziobią nas kruki i wrony). By napisać pracę zaliczeniową na studia, musiałam wreszcie zapoznać się z debiutem Lao Che. Długo z tym zwlekałam z różnych względów, ale Gusła utwierdziły mnie w przekonaniu, że drugiego takiego zespołu nie ma. Posłuchajcie tylko Klucznika. Ten utwór jest tak dziwaczny, bo zabawny i poważny zarazem, że po prostu wywołuje głupkowaty uśmiech, tupanie nogą pod biurkiem oraz nucenie podtytułu. Sztos.
Mamma Mia! Here We Go Again –Dancing Queen. Ten film to największe guilty pleasure w moim życiu. Nic dziwnego, że gdy obejrzałam drugą część Mamma Mii, soundtracki z obydwu części zagościły w moich słuchawkach na dobre. Najchętniej zapętlam Dancing Queen, bo nie mogę uwolnić się od beztroski, lata i radości płynącej zarówno z samego wykonania, jak i ze sceny filmowej. I pamiętajcie, Colin Firth is the one and only dancing queen.
Bluszcz –W naszych domach. Debiutanci sprzed dwóch lat, w których muzyce całkowicie się zakochałam, wreszcie powrócili. Płyta W naszych domach, wykonana całkowicie w ojczystym języku, jest dokładnie tym, czego oczekiwałam. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, bo niedługo pojawi się recenzja płyty, ale wiedzcie, że Bluszcz syndromu drugiej płyty zgrabnie uniknęli.
Sorry Boys – Jesteś pragnieniem. Od premiery Romy minęły już niemal trzy lata, zatem na nowy utwór Sorry Boys wręcz się rzuciłam. Jesteś pragnieniem zachwyciło mnie od razu. Swoją lekkością, uśmiechem i miłością przekazaną w tak niebanalny sposób. Nie wspominając o olśniewającej Beli. Nowy album zatytułowany po prostu Miłość ukaże się już w przyszłym tygodniu, a ja z pewnych źródeł wiem, że *spoiler* idzie jedna z najważniejszych płyt roku.
Fred Prest –Boy On Fire. Ileż ja się tego utworu naszukałam! Usłyszany w reklamie McDonald's ciągle za mną chodził, co nie jest niczym dziwnym. Pulsujący, wyraźnie pachnący 80'sowym sznytem kawałek porwał mnie totalnie, a już zwłaszcza niski, głęboki wokal tajemniczego Freda Presta. Sukcesu komercyjnego raczej Boy On Fire nie odniesie, ale to nic. Zwolennicy podobnych dźwięków na długo tego utworu nie wypuszczą.