Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalia Przybysz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natalia Przybysz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2023

Ulubione albumy 2022 roku

Druga i ostatnia część mojego podsumowania 2022 roku to zestawienie ośmiu albumów, które spodobały mi się najbardziej w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Zależało mi, by wyszczególnić te płyty, do których faktycznie wracałam często i z radością – stąd poniższa lista jest oszczędna, ale pełna pięknych dźwięków. Enjoy!



8. Natalia Przybysz – Zaczynam się od miłości. Ta płyta od razu wzbudziła moje zainteresowanie. Od początku można było się spodziewać, że niepublikowane dotąd teksty Kory w rękach Natalii Przybysz zyskają nowe życie. I tak też się stało. Zaczynam się od miłości to płyta pełna emocji, ciepła, miłości do natury, drugiego człowieka i świata. Wszystko to dostajemy w akompaniamencie żywych, ujmujących melodiach, które na długo zostają w pamięci. Przeczytaj pełną recenzję »



7. Sorry Boys – Renesans. Grupa Sorry Boys wypracowała unikatowe brzmienie, którego chyba nie da pomylić się z żadnym innym. Z każdym kolejnym krążkiem pozwalają sobie na więcej eksperymentów i ta reguła nie ominęła Renesansu. Jest bardziej mainstreamowo, taniecznie, popowo. Jednak trudno to nazwać typowym, komercyjnym popem, bo nie dość, że Sorry Boys wyróżniają się wyjątkowym wokalem Beli Komoszyńskiej, to – tak jak i na poprzednich płytach – zespół nie odmawia sobie odniesień m.in. do folku.


6. The Weeknd – Dawn FM. Ostatni krążek The Weeknd, skonstruowany na zasadzie radiowej audycji, towarzyszył mi przez cały rok. Ciemne, pulsujące bity zyskały moją sympatię od pierwszych sekund – jest to bowiem taki rodzaj muzyki elektronicznej, który cenię sobie najbardziej. Czerpiący z lat 80., mroczny, tajemniczy, hipnotyzujący. Szczególną fanką The Weeknd jeszcze siebie nie nazwę, ale z każdym nowym albumem artysty powoli się do tego miejsca zbliżam.



5. Bluszcz – Nowy Pop. Z ogromną niecierpliwością czekałam na następcę Kreszu, który w 2020 roku zdobył pierwsze miejsce mojego podsumowania (ex aequo z Kasią Lins). Nowy Pop to dobra kontynuacja Kreszu, jednak po jego wielokrotnych lekturach wciąż czuję pewien niedosyt. Nie zmienia to faktu, że najświeższa propozycja Bluszczu to krążek godny uwagi. Delikatne, błogie i swojskie dźwięki prowadzą nas w sielski, leniwy klimat, a teksty, choć nieskomplikowane, utkwią w głowie.



4. Ofelia – 8. W recenzji drugiego albumu Ofelii narzekałam trochę na promocję tej płyty, w wyniku której w dniu premiery znaliśmy ponad połowę piosenek z 8. Niemniej w obliczu jakości tych utworów, trzeba przymknąć oko na ten szczegół i skupić się na fantastycznej dawce electro popu, jaką zaserwowała nam Ofelia. 8 to nie tylko zestaw chwytliwych kompozycji, ale także okazja, by lepiej poznać samą artystkę – a dokładniej jej osiem wcieleń. Przeczytaj pełną recenzję »



3. Piotr Zioła – Wariat. Powiem wprost – tęskniłam za charakterystycznym, trochę zachrypniętym wokalem Piotra Zioły. Uświadomiłam sobie to w momencie, gdy jego długo wyczekiwany drugi krążek wreszcie ujrzał światło dzienne. Wariat zachwyca bogatymi warstwami brzmieniowymi, które inspirowane są wieloma gatunkami, ale przede wszystkim autentycznością. Tak szczere i niekiedy intymne wyznania, na jakie zdecydował się Piotr, sprawiają, że nie da się obok Wariata przejść obojętnie. Przeczytaj pełną recenzję »



2. Mrozu – Złote bloki. Można by zarzucić Mrozowi: ale to już było. Bo rzeczywiście, Złote bloki zgrabnie kontynuują kierunek obrany na poprzednich płytach artysty (Zew i Aura). Ale skoro coś się sprawdza, to po co to zmieniać? A blues-rockowy, trochę oldskulowy klimat z popowymi inspiracjami pasuje do Mroza jak ulał, co udowadnia po raz kolejny. Złote bloki pełne są dobrych wersów, wciągających melodii i wyjątkowego, retro-nowoczesnego nastroju. I mimo że to już znamy (proszę nie odebrać tego jako zarzutu o odgrzewanie kotletów), to jednak w przypadku Mroza ciągle chce się więcej.




1. Igo – IGO

W zeszłym roku Bass Astral x Igo zajęli u mnie pierwsze miejsce z płytą Satellite. Sama nie spodziewałam się, że rok później, po rozpadzie duetu, Igo wróci na to zaszczytne miejsce z solowym repertuarem. A jednak! Nie ukrywam, że w imiennym krążku Igo zakochałam się od pierwszego przesłuchania. To, co proponuje nam artysta, to pochodne jego poprzednich projektów (wspomnianego już Bass Astral x Igo oraz zespołu rockowego Clock Machine), ale nie warto tak spłycać, bo w każdej piosence czujemy i słyszymy duszę samego Igo. Zaczynając od romantycznej, uroczej Heleny, przez nieoczywiste, okraszone trąbkami Sooner or later, aż po wyjątkowe duety z Mrozem, Królem i Magierą oraz mroczne, rapowane Insecure. Znajdziemy tu wszystko (no, może prawie wszystko), ale nie czujemy przesytu – przeciwnie, takiego Igo chce się słuchać bez końca. Ja to czynię od momentu premiery krążka i do tego samego Was zachęcam.


Pozostałe krążki z 2022, które warto poznać: Ania Leon  Łezki, Brodka – Sadza, ThunderFuzz  Anti Body, Arctic Monkeys – The Car, Taylor Swift – Midnights, Natalia Szroeder – Pogłos Suplement

Numery 1. z pozostałych lat:

2021: Bass Astral x Igo – Satellite

2020: Kasia Lins – Moja wina i Bluszcz – Kresz [ex aqueo]

2019: Król – Nieumiarkowania

2018: Lao Che – Wiedza o społeczeństwie

2017: Daria Zawiałow – A kysz!

poniedziałek, 21 marca 2022

re-cenzja #91: Natalia Przybysz – Zaczynam się od Miłości (2022)

Wiedziałam, że mierzę się z potężną postacią. Dlatego starałam się działać spoza umysłu, podążać za intuicją, wyznała Natalia Przybysz, która niedawno podzieliła się z fanami płytą Zaczynam się od Miłości. Jest to projekt o tyle wyjątkowy, że większość tekstów napisała Kora, legendarna wokalistka Maanamu. Próżno jednak szukać tu coverów największych przebojów zespołu. Natalia Przybysz zdecydowała się ubrać w muzykę słowa Kory, których dotychczas jeszcze nie zaśpiewano. Zadanie, zdaje się, piekielnie odpowiedzialne, wymagające odwagi i wizji, ale tego Natalii Przybysz nie brakuje.

Na niespełna czterdziestominutowej płycie znajdziemy dziewięć piosenek  zaledwie dwie z nich to autorskie teksty Przybysz, pozostałe wyszły spod ręki Kory. Niemniej aranżacja każdego utworu została stworzona przez Natalię i jej zespół. Przyznam, że kiedy po raz pierwszy usłyszałam o tym projekcie, obawiałam się trochę, że warstwy muzyczne będzie można opisać jako maanamowe; mówiąc prościej, zastanawiałam się, czy efekt nie okaże się wtórny wobec dokonań kultowego zespołu. Na szczęście nie – Natalia Przybysz pozostała wierna własnym brzmieniom.

Pierwszym singlem zwiastującym krążek jest Zew, energiczna kompozycja odwołująca się do natury, jej piękna oraz potrzeby obcowania z nią. Słowa napisała Natalia, jednak nie można uciec od wrażenia, że doskonale wpisują się one w poetykę Kory. Podobnie jest z drugim utworem napisanym przez Przybysz  Jest miłość. Jak artystka sama przyznała, piosenka ta jest wyrazem odczuć i wrażeń, które towarzyszyły jej podczas pracy ze słowami Kory.

Ze względu na spójny i dopracowany charakter płyty trudno mi jednoznacznie wskazać faworytów. Nie ukrywam jednak, że najchętniej wracam do wspominanego już Zewu, a także utworów Słyszysz oraz Serce spokojone. Pierwszy z nich wyróżnia się niespiesznym, ale wyrazistym brzmieniem. Ciepłe dźwięki wspaniale uzupełniają oszczędny, choć pełen emocji tekst, który Natalia świetnie podkreśla swym charakterystycznym wokalem. Serce spokojne natomiast to błogie, wyciszające nagranie, które idealnie spełniłoby się w roli kołysanki. Słowa odnoszą się do dobrodziejstw natury, co zresztą jest znamienne dla tej płyty. Znajdziemy tutaj wiele nawiązań do przyrody, która zawsze stanowiła dla Kory ważny element. Warto zwrócić uwagę jeszcze na rytmiczne, żywe Budzę się oraz surową, minimalistyczną Niedzielę. Muszę jednak przyznać, że Zaczynam się od Miłości najlepiej wypada jako całość. Słuchana od początku do końca, bez przerw i pominięć, pozwala w pełni dostrzec piękno zarówno warstw lirycznych, jak i śpiewu oraz kapitalnej muzyki. Na każdej płaszczyźnie dominują ciepło oraz emocje, które otulają odbiorcę, bez końca wciągając go w swój barwny, pełny natury świat. Kompozycje różnią się od siebie, nie zlewają się w jedno, dzięki czemu dostarczają nowe wrażenia i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że na tym szczególnym albumie nie ma słabych fragmentów.

Niedawno Ralph Kamiński wziął na warsztat znany repertuar Kory, tym razem Natalia Przybysz postanowiła to zrobić. To pokazuje, jak ważną postacią dla polskiej muzyki była, jest i będzie wokalistka Maanamu. Zawsze mam wiele pytań i wątpliwości, gdy nadchodzą podobne projekty. Natalia Przybysz uspokoiła mnie jednak pod każdym względem, dzieląc się krążkiem kompletnym, urokliwym; krótko mówiąc dziełem, do którego z radością będę wracać  zwłaszcza teraz, wiosną, przebijającą z Zaczynam się od Miłości na każdym kroku.

po-słuchaj: Słyszysz, Serce spokojne, Zew

wtorek, 7 grudnia 2021

W słuchawkach #47


Lao Che  Życie jest jak tramwaj. Pod koniec listopada miałam przyjemność być na kolejnym koncercie mojej ukochanej kapeli, dlatego też muzyka Lao Che w ostatnich tygodniach zdominowała moje głośniki. Piosenki Życie jest jak tramwaj dotychczas nie określałam mianem ulubionej, ale tym razem wersja na żywo porwała mnie na tyle, że wciąż powracam do zapisu tego nagrania z Woodstocku 2018. Co mogę powiedzieć więcej... Doskonale znacie moją słabość do Lao Che :)


Sistars  Sutra. Pamiętacie początki kariery sióstr Przybysz? Ja szczerze przyznam, że na długie lata zapomniałam o ich przeboju Sutra, dopiero niedawno przewinął mi się gdzieś na Spotify i z niejaką ekscytacją wcisnęłam play. Zaskoczył mnie nie tylko świetny, naładowany pozytywną energią tekst, ale przede wszystkim wyjątkowa warstwa muzyczna i fantastyczny feeling wykonania. Aż chciałoby się słyszeć więcej tak skonstruowanych kawałków na polskiej scenie muzycznej.


Natalia Przybysz – Ogień. Od Sistars powędrowałam do solowych dzieł Natalii i Pauliny i przypomniałam sobie o ostatnim albumie pierwszej z nich. To, co z niego zapamiętałam, to subtelność i kobiecość zamknięte w szczerych, wyrazistych dźwiękach. Singiel Ogień zdaje się być tego najlepszym przykładem, bo niespokojny, trochę nerwowy rytm pięknie podkreśla niepowtarzalny, tutaj brzmiący nieco nonszalancko wokal Natalii. W pewnym momencie chciałoby się, by piosenka rozkręciła się bardziej, by nastało to mocne uderzenie, ale ostatecznie dochodzi się do wniosku, że taka niespieszna forma jest wystarczająca.


Krzysztof Zalewski  Kurier. Zazwyczaj projekty MTV Unplugged omijam bez sumienia, bo za wersjami akustycznymi utworów zwyczajnie nie przepadam. W przypadku Zalewskiego z ciekawości poskakałam po jego najnowszym wydawnictwie bez prądu i zabrałam ze sobą nowe, wspaniałe wykonanie kompozycji Kurier. Stworzony do filmu wojennego, w oryginalnej wersji dynamiczny i rockowy, tutaj, stylistycznie, bardziej pasuje do produkcji tego typu. Wokalista śpiewa tak, jakby przygrywał ludziom spacerującym po ulicy  w towarzystwie gitary, pianina, cichego chóru oraz wyrazistych instrumentów dętych, które są zdecydowanie najmocniejszym elementem utworu.


Taylor Swift  Red (Taylor's version). Karierę Taylor Swift śledzę jednym okiem, ale do pewnego momentu sumiennie zapoznawałam się z jej nowymi albumami. Gdybym miała wybrać mój ulubiony krążek artystki, padłoby na Red, dlatego z ciekawością włączyłam nową wersję tej płyty. Nie dostrzegam wielu różnic między nią a pierwowzorem, ale wydaje mi się, że Taylor's version cechuje się większą szczerością i swobodą. Chyba właśnie to spowodowało, że ostatnio namiętnie słucham podrasowanego i wyrazistszego tytułowego utworu.


Męskie Granie Orkiestra 2021  Śpij, kochanie, śpij. Kiedy oglądałam finałowy koncert Męskiego Grania w Żywcu to dosyć często ziewałam. Wówczas nowe aranżacje znanych piosenek zupełnie mnie nie porwały, dlatego raczej z poczucia obowiązku niż ciekawości sięgnęłam po zapis tych wykonań. I ostatecznie pozytywnie się zaskoczyłam, bo w ostatnich dniach często słucham poszczególnych kawałków. Najchętniej powracam do Śpij, kochanie, śpij, które ujmuje mnie połączeniem delikatności i mocy. Wybaczam nawet trochę przesadzone, wysoko zaśpiewane przez Podsiadło zwrotki.


LemON  Płatek. Chyba wyrosłam ze słuchania świątecznych piosenek w grudniu, bo w tym roku częściej mnie one irytują niż sprawiają frajdę. Pewnym zastępcą dla nich okazał się utwór grupy LemON, utrzymany co prawda w podobnej tematyce, ale więcej usłyszymy tutaj o pięknie zimy niż o magicznym czasie przygotowań do Świąt. Ostatni miesiąc roku to zresztą czas, w którym od kilku lat towarzyszy mi cała płyta Scarlett, którą serdecznie Wam polecam.


czwartek, 2 stycznia 2020

Ulubione piosenki 2019 (30–21)

Rok 2019 dobiegł końca, więc czas na jego podsumowanie. Przygotowałam dla Was zestawienie 10 ulubionych płyt oraz 30 ulubionych utworów. Wybór, jak zawsze, bardzo osobisty i nieobiektywny. Ogólnie miniony rok nie był dla mnie wystrzałowy, jeśli chodzi o jakość nowej muzyki. Znalazło się kilka perelek, które mnie zachwyciły i o których opowiem Wam w najbliższych wpisach, ale pomimo tego nie zaliczę 2019 roku do tych muzycznie udanych. Brakowało kilka strzałów, które powaliłyby mnie na łopatki i po których nie mogłabym się pozbierać. Może pojawią się w 2020, teraz jednak zapraszam na spojrzenie kilkanaście miesięcy wstecz.





30. Blauka  Polana. Zestawienie ulubionych piosenek zaczynamy od utworu urokliwego, przepełnionego letnią i błogą energią. Polana, utrzymana w spokojnym i beztroskim tonie, podrasowana mocniejszymi uderzeniami w gitary, to świetny, kontrastowy numer, który łatwo zapada w pamięć i niełatwo go stamtąd wyrzucić. I dobrze.



29. Shura  skyline, be mine. Shura powróciła w tym roku z nowym krążkiem, swoją drogą stojącym na bardzo wysokim poziomie. Jedną z piosenek z forevher, którą przytuliłam na dłużej, jest rozmyte, powoli płynące i bardzo sensualne skyline, be mine. Kocham podobne połączenie spokojnej elektroniki z wyrazistymi instrumentami, nie mogło więc zabraknąć go na tej liście.




28. Krzysztof Zalewski  Kurier. Nie jest to wprawdzie to, na co nadal niecierpliwie czekam (czyli nowa płyta Zalefa), ale Kurier to przyjemny umilacz owego oczekiwania. Rozmarzony, choć charakterny kawałek zwraca uwagę przede wszystkim wyrazistym basem, ale jest to na tyle specyficzny numer, że od razu czuć rękę Krzyśka. Nie obrażę się, jeśli w podobnym stylu utrzymany będzie następca Złota.



27. Of Monsters And Men  Vulture, Vulture. Mile mnie zaskoczyła wieść o nowej płycie islandzkiej grupy. Nie zabrakło na niej utworów, które sprawiły mi naprawdę dużo frajdy. Jednym z nich jest rytmiczne Vulture, Vulture, ciekawie skonstruowane i ładnie rosnące. Kawałek dość typowy dla OMAM, ale wciąż atrakcjny i przyciągający.



26. The Dumplings  Dla nas. Przy muzyce The Dumplings od zawsze można się porządnie wytańczyć, ale Dla nas, afirmujący życie i korzystanie z niego jest wprost do tego stworzony. Skoczny bit chwyta od pierwszych dźwięków i nawet w pozycji siedzącej nogi rwą się do ruchu. Na początku sceptycznie do Dla nas nastawiona, teraz z radością witam go na swoim odtwarzaczu.



25. Sonbird  Kraków. Debiutancki krążek Sonbird może nie porwał mnie tak, jakbym tego chciała, ale znalazłam na nim perełkę, która wciąż do mnie trafia. Mowa o pięknym, niespiesznym utworze Kraków. Dosyć romantyczna kompozycja nie należy do tych najckliwszych i najbanalniejszych; potrafi jednak wzruszyć i zachwycić jak mało co.



24. Kwiat Jabłoni  Kto powie mi jak. Rzadko udaje mi się utożsamić z jakimś utworem tak mocno, jak właśnie z Kto powie mi jak. Zbliżający się rychło koniec studiów zmusza mnie do zastanawiania się, co dalej, a ta piosenka bardzo trafnie ujmuje wszystkie moje myśli na ten temat. Nie zapominając także o cudownej, trochę zdenerwowanej i napiętej melodii, świetnie oddającej charakter całokształtu.



23. Natalia Przybysz – Ciepły wiatr. Od pewnego czasu lato, a także wiosna, kojarzą mi się właśnie z Ciepłym wiatrem. Pomimo że można znaleźć wiele tak przyjemnych, słonecznych kompozycji, to singiel Natalii Przybysz ma w sobie tyle nomen omen ciepła, lata i czułości, że nie sposób mu się oprzeć. Mój zdecydowany ulubieniec z płyty Jak malować ogień.



22. Sorry Boys  Powszedni chleb. To, co najbardziej zwraca moją uwagę w tym utworze, to przede wszystkim tekst. Z pewnością nie jest powszedni, choć opowiada o takich rzeczach  robi to jednak w sposób liryczny i interesujący. Efekt wzmacnia świetna warstwa melodyczna, w której dzieje się co prawda wiele, ale płynie od niej przepiękna harmonia. No i ta gitara w refrenie. Cudo.



21. Babu Król i Smutne Piosenki  A gdyby tak pójść w tango. Bardzo oczarowała mnie ta piosenka i wciąż pozostaję pod jej wrażeniem. Retro klimat jest tutaj niesamowicie zachowany, dobrze czuć też tytułowe tango, głównie dzięki rewelacyjnej, emocjonalnej grze na pianinie. Kompozycja wyrazista, ale także rozmarzona, zmysłowa, która nie daje o sobie zapomnieć.


czwartek, 4 kwietnia 2019

W słuchawkach #22

Baranovski  Luźno. Wciąż pamiętam, jakie wrażenie wywarł na mnie ten numer, gdy pierwszy raz na niego wpadłam. Wydawałoby się, że równie energetycznych i uśmiechniętych kawałków można znaleźć na pęczki, ale Luźno swoim właśnie luzem czaruje jak mało co. Porcja świetnego, chwytliwego popu urozmaiconego o lekko funkowe zagrywki.



Ania Dąbrowska  Charlie, Charlie. Kilka lat wstecz bardzo zachwycałam się piosenką Ani Dąbrowskiej i teraz, po długiej przerwie, robi ona na mnie podobne wrażenie. Uwielbiam niespieszny, podszyty smutkiem rytm i pełen zawodu, krzywdy, rozżalony wokal. Zaryzykuję stwierdzenie, że to najlepsza (a przynajmniej moja ulubiona) kompozycja w dotychczasowym dorobku artystyki.


Natalia Przybysz  Nazywam się Niebo. Wraz z pierwszymi cieplejszymi promieniami słońca w moich słuchawkach na dobre rozgościł się utwór Natalii Przybysz. Niewiele piosenek jest w stanie wywołać u mnie tyle pogody ducha i uśmiechu, co Nazywam się Niebo. Nie da się przejść obojętnie obok takiej ilości ciepła oraz lekkości zamkniętych w kilku minutach.



MØ  Beautiful Wreck. Kolejny wyluzowany, sielski numer w dzisiejszym zestawieniu. Zapałałam do Beautiful Wreck sympatią całkiem niedawno, ale niemal od razu. Przestrzenna, beztroska melodia bezbłędnie brzmi z zachrypniętym głosem MØ; zdaje się, że całokształt będzie się rewelacyjnie komponował z letnimi zachodami słońca.



Vök  Spend The Love. Ta islandzka formacja długo stanowiła dla mnie zagadkę. Wiele o niej słyszałam, ale nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie, by zapoznać się z ich dyskografią. Ale stało się, posłuchałam co nieco. Najnowszy album grupy, In The Dark, przemawia do mnie w całości, jednak najbardziej polubiłam taneczne, głębokie Spend The Love, które bardzo przyjemnie buja.



Calvin Harris ft. Sam Smith & Jessie Reyez  Promises. Byłam zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że za singlem Promises stoi Calvin Harris, którego twory kojarzą mi się z nudną i bezmyślną rąbanką. Tymczasem piosenka jest mocno osadzona w klimacie lat 70., co jest bardzo udanym zabiegiem. W połączeniu z charakterystycznym wokalem Sama Smitha Promises jest naprawdę przyjemne.



Billie Eilish – bad guy. Tak jak zmęczona jestem wszechobecnością Ariany Grande, tak powoli zaczynam mieć dość hype'u na Billie Eilish. Odrzuca mnie jej postać i poza, którą przybrała. Niemniej debiut jej jest całkiem niezły; zostało mi w pamięci kilka pozycji, przede wszystkim ciekawe, mroczne bad guy, kojarzące się nieco z Lorde.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Relacja z Męskiego Grania we Wrocławiu

Nie skłamię, jeśli powiem, że Męskie Granie to najbardziej wyczekiwane przeze mnie wydarzenie każdego roku. Tegoroczna edycja od samego początku zdawała się obiecująca, dlatego niecierpliwie odliczałam do 28 lipca, kiedy to impreza miała miejsce we Wrocławiu. Nie zabrakło wzruszeń, nie zabrakło niesamowitej energii, nie zabrakło też chwil refleksji i smutku.




Do wrocławskiej Pergoli przybyłam chwilę przed 19, a więc ominęły mnie występy grupy L.Stadt oraz The Dumplings, którzy grali razem z orkiestrą. Zatem pierwszym koncertem, w którym miałam przyjemność brać udział, był koncert Natalii Przybysz. Wokalistka zadedykowała swój występ zmarłej tamtego poranka Korze, co było niejedynym hołdem złożonym wówczas artystce. Natalia wykonała utwory ze swoich dwóch ostatnich płyt. Usłyszeliśmy m.in. Nic Osobistego, Światło nocne, Nazywam się Niebo czy Miód. Przy piosence Dzieci malarzy towarzyszyli Natalii jej rodzice, a później pojawił się także jej ojciec chrzestny, czyli Wojciech Waglewski. To był bardzo dobry i bardzo przyjemny występ; mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś usłyszeć Natalię Przybysz na żywo.


Zdjęcie użytkownika Męskie Granie.
Następnie na Scenie Głównej zaprezentowali się Lao Che i prawdę mówiąc, właśnie na nich czekałam najbardziej tego wieczoru. To było moje pierwsze spotkanie z nimi na żywo i już teraz wiem, że nie ostatnie. Zagwarantowali nam wspaniałą zabawę głównie przy utworach z płyty Wiedza o społeczeństwie, ale nie tylko. Pojawiło się genialne, energetyczne Govindam z albumu Soundtrack, a także doskonale znana Wojenka z krążka Dzieciom, którą wykonał... Krzysztof Zalewski. Zalef ponownie udowodnił swoją wszechstronność, a Lao Che pokazali swoją wysoką formę. Cóż mogę dodać? Po prostu rewelacja. Widzimy się znów jesienią na klubowym koncercie w warszawskim Palladium.


Zdjęcie użytkownika Męskie Granie.
W pół do 22 pojawiła się kolejna grupa, której bardzo wyczekiwałam, a mianowicie Kult. Przywitali publiczność utworem Celina, dziwnie przearażnowanym na spokojniejszy i rozciągnięty numer. Zagrali także Baranka, którego refren wykrzyczany przez kilka tysięcy gardeł robi spore wrażenie. Muszę przyznać, że jestem trochę niepocieszona tym koncertem. Liczyłam na prawdziwe szaleństwo przy hitach takich, jak chociażby Polska, Arahja czy Do Ani, ale zamiast tego Kazik z drużyną wykonali mało znane piosenki ze starych albumów. Trochę szkoda, niemniej cieszę się, że wreszcie mogłam przekonać się o świetności Kultu na żywo.


Zdjęcie użytkownika Męskie Granie.
Tuż przed 23 wybrzmiały pierwsze dźwięki Pastempomatu, na które publiczność zareagowała bardzo entuzjastycznie. Ów entuzjazm utrzymywał się przez cały koncert Dawida Podsiadły. Występ był niezwykle żywiołowy i pełen zaskoczeń. Dawid zagrał znane utwory – m.in. W dobrą stronę, Trójkąty i kwadraty czy No – ale w zupełnie nowych, tanecznych aranżacjach. Aż chciałoby się usłyszeć studyjne wersje tych wykonań! Set zamknął Małomiasteczkowy, który także sprawił publiczności wiele frajdy. Jeżeli najnowsza płyta Dawida będzie taka, jak ten koncert – czyli zrobiona z gustem, rytmiczna i taneczna – to już nie mogę się jej doczekać.


Zdjęcie użytkownika Męskie Granie.
Ostatni na scenie pojawili się oni – Męskie Granie Orkiestra. Zaczęli od Początku, ku wielkiej radości widowni. Byłam ogromnie ciekawa, jaki repertuar przygotowali dla nas artyści. Okazał się on zróżnicowany i oryginalny. Obok Chłopców grupy Myslovitz, Co tak wyje? Łony i Webbera czy Grandy Brodki pojawiły się także Peron Jamala, Nie mam dla Ciebie miłości Skubasa czy Ostatni Edyty Bartosiewicz. Gościnnie zaśpiewał Kazik numer Andrzej Gołota oraz Tomasz Budzyński piosenkę Niezwyciężony. Najbardziej podobały mi się energiczne, skoczne wykonania Grandy, Sorry Polsko z repertuaru Marii Peszek oraz Szare Miraże Maanamu, przy których Zalewski, swoim już zwyczajem, przebił się przez barierki i wszedł w publiczność. Istne szaleństwo! Przez cały występ widać i czuć było chemię pomiędzy Zalewskim, Podsiadłą i Kortezem. Krzysztof i Dawid to prawdziwe wulkany energii, które uspokajał i równoważył Kortez. Panowie żartowali między sobą, nawiązywali kontakt z publicznością i dawali z siebie wszystko. Całość zwieńczyli Początkiem i ja tego, co się działo przy tym utworze, nie potrafię opisać. Chyba nigdy nie widziałam tak dobrze bawiącej się publiczności. 



Po zejściu ze sceny muzyków wyświetlono teledysk grupy Organek do utworu Czarna Madonna, w którym Kora zagrała główną rolę. Między występami pokazano też teledysk Maanamu do piosenki Się Ściemnia. Cisza, która zapanowała wśród publiczności podczas obydwu tych kompozycji była naprawdę wzruszająca i wywołująca dreszcze. 


Świetna zabawa, ogrom wspaniałej muzyki masa przeżyć, zdarte gardło i szum w uszach. Tegoroczne Męskie Granie to jeden z lepszych koncertów, w jakich ostatnio miałam okazję uczestniczyć. Jeżeli macie okazję wziąć w nich udział, nie zastanawiajcie się. Będziecie zachwyceni.


Zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony Męskiego Grania na Facebooku.


Setlista Męskie Granie Orkiestry
Początek
Chłopcy (z repertuaru Myslovitz)
Peron (z repertuaru Jamala)
Nie mam dla Ciebie miłości (z repertuaru Skubasa)
Sorry Polsko (z repertuaru Marii Peszek)
Keskese (z repertuaru Nosowskiej)
Co tak wyje? (z repertuaru Łony i Webbera)
Granda (z repertuaru Brodki)
Andrzej Gołota (z repertuaru Kazika na Żywo, gośc. Kazik)
Ostatni (z repertuaru Edyty Bartosiewicz)
Wyspa, drzewo, zamek (z repertuaru Perfectu)
Niezwyciężony (z repertuaru Armii, gośc. Tomasz Budzyński)
Szare Miraże (z repertuaru Maanamu)
----------
Początek

piątek, 12 stycznia 2018

15 ulubionych albumów z 2017

Przyszedł czas na zestawienie moich ulubionych albumów z 2017 roku i w tym przypadku również należy się kilka słów wstępu. Jeśli nie chcecie wiedzieć, jakimi zasadami/wytycznymi kierowałam się przy wyborze tej piętnastki, śmiało omińcie tę introdukcję i przejdźcie do właściwej treści przydługiego postu. Po pierwsze, zasada ze słowami ulubiony ≠ najlepszy działa podobnie jak w poprzednim zestawieniu i wciąż mam świadomość, że z pewnością pominęłam jakieś fantastyczne płyty, których nie miałam okazji jeszcze przesłuchać, a które mogłyby sporo tu pozmieniać. Po drugie, to, że jakichś piosenek z albumów poniżej zabrakło w rankingu ulubionych utworów nie oznacza, że są złe, niegodne wyróżnienia i zalatuje tu hipokryzją. Gdybym miała uwzględnić tam większość kawałków z tych płyt, powstałoby pozbawione sensu podsumowanie, ponieważ a) z czterdziestu piosenek zrobiłoby się jakieś dwieście, a na zdrowy rozsądek - i mi nie chciałoby mi się opisywać ich wszystkich, i Wam nie chciałoby się tego wszystkiego czytać, b) ranking byłby jeszcze bardziej monotematyczny, nudny i przewidywalny (a odnoszę wrażenie, że już poniekąd taki jest, więc po co to pogarszać?). Ponadto chciałam tam zawrzeć piosenki, które w myślach nazwałam pojedynczymi - czyli takie, które wpadły na moje playlisty przypadkiem albo nie znam płyt, z których pochodzą. Po trzecie, tak samo jak w poprzednim zestawieniu próbowałam tutaj wybrać ścisłą czołówkę ulubionych płyt. Zdecydowałam się na liczbę piętnastu, bo choć przesłuchałam ich znacznie więcej, to do takiego zestawienia wracałam najchętniej. Dlatego też to, że kiedyś pochwaliłam dany album, napisałam jego pozytywną recenzję, powiedziałam, że jest świetny/genialny i ogólnie rzucałam superlatywami, a nie umieściłam go tutaj, nie oznacza, że zmieniłam zdanie i obecnie uważam go za jakiś koszmarek. Nie. Często miałam tak, że choć wiedziałam, iż konkretna płyta jest świetna i nie można jej niczego zarzucić, nie czułam chęci, by do niej wracać, po prostu. Wolałam wracać do tych krążków, które na dobre wgryzły się w mój umysł i zagrzały sobie w nim stałe miejsce. Poznajcie tę szczęśliwą piętnastkę.

____________________________________________________________________________________________________________
(kliknij na tytuł, żeby przejść do recenzji)



Na ostatnim miejscu zestawienia znalazł się brytyjski duet Royal Blood, który na swoim krążku How Did We Get So Dark zaprezentował klasyczny, ostry rock. Na rynku muzycznym panuje zdecydowany deficyt tak czystych, nieskalanych żadnym innym gatunkiem rockowych brzmień, dlatego każde takie wydawnictwo cenię sobie wysoko. Nie oznacza to, że nie lubię mieszanek stylistycznych, przeciwnie - bardzo mnie interesują, czego dowodem jest kolejna propozycja, czyli amerykański zespół PVRIS. Ich album All We Know Of Heaven, All We Need Of Hell to bezbłędne i oszałamiające zgrabnością połączenie rocka z elektroniką oraz alternatywą. Z tym ostatnim rodzajem mamy do czynienia także na płycie Mroza. Ponadto na Zewie słychać wyraźne wpływy jazzu, soulu oraz dobrego popu, a wszystko to brzmi wyśmienicie i nowocześnie. Z kolei niXes stworzyli piękny, elektroniczny krążek, w którym bez problemu można się zatracić. Nieco psychodeliczne, eksperymentalne działania dodatkowo urozmaicają całość. Tę piątkę zamyka debiutancka płyta Harry'ego Stylesa, której niczego nie brakuje. Dostajemy różne odmiany rocka, będące inspiracją muzyką przeszłych dekad. Jest świetnie.



14. PVRIS  All We Know Of Heaven, All We Need Of Hell

13. Mrozu  Zew

12. niXes  niXes
11. Harry Styles Harry Styles





Dziesiątkę otwiera szósta płyta Demi Lovato. Tę dziewczynę albo się kocha, albo nienawidzi - mam do niej sentyment, więc należę do pierwszej grupy. Tell Me You Love Me to nareszcie porządna pozycja w dyskografii Demi, która powinna zamknąć usta wszystkim hejterom, bo stoi po prostu na wysokim poziomie. Generalnie rzecz biorąc, nie jestem fanką słuchania płyt/piosenek w wersji live w domowym zaciszu. Wyjątkiem są zapisy z koncertów Męskiego Grania. Kiedy słucham tegorocznego wydania, wracają do mnie bardzo miłe wspomnienia z imprezy w Poznaniu, nic dziwnego zatem, że tak często słucham tej płyty. Kortez średnio mnie interesował, ale coś skłoniło mnie, żeby sięgnąć po Mój dom i tym sposobem przepadłam w dźwiękach tej płyty. Rozbrajają mnie szczerość i autentyczność jej przekazu. Podobnie jest w przypadku Mikromusic i Tak mi się nie chce - trafia do mnie każdy dźwięk, każde słowo, wszystko. Ten album czaruje i chwyta za serce za każdym razem. Integracja hip hopu i elektroniki, rocka oraz popu prezentuje się świetnie na płycie Miuosha. Kolejne udane przełamanie barier i schematów w muzyce, które są potrzebne. Do takiego POPu chce się wracać. Brawo.



9. Męskie Granie 2017


6. Miuosh – POP.



Dotychczas Natalia Przybysz była mi raczej obca. Kojarzyłam jedynie kilka utworów dawnego projektu Sistars, natomiast nie znałam ani jednego solowego numeru. Włączyłam singiel Światło nocne i z ciekawością zaczęłam czekać na całą płytę. Zatytułowana tak samo jak wspomniany singiel, brzmi równie dobrze - albo i lepiej - jak on. Warstwa liryczna ma istotne przesłanie, a charyzmatyczny wokal Natalii wspaniale zgrywa się z wielobarwnym podkładem muzycznym. Prawdziwy miód dla uszu, serca i duszy.
Ulubione kawałki: Vardo, Światło nocne, Mandala, S.O.S., Nic osobistego


Długo nie potrafiłam pojąć tego powszechnego hype'u i zachwytu nad The xx. Osobiście wydawali mi się nudni, mało przebojowi i wręcz bezpłciowi. Moje spojrzenie zmieniła płyta I See You, na której cichy, spokojny oraz niezwykle melancholijny dotychczas zespół postanowił podgłośnić instrumenty i dać trochę więcej czadu, choć ten czad wciąż jest umiarkowany. Niemniej albumu słucha się z uwagą i w skupieniu, czekając z zainteresowaniem na nadchodzący elektroniczny dźwięk. Taką wyraźną, kolorową muzykę kupuję w całości.
Ulubione kawałki: A Violent Noise, I Dare You, Say Something Loving, Lips


Cztery lata oczekiwania na następcę fantastycznego Pure Heroine opłaciły się. Świat dostał przebojową Melodramę, przez wielu uznanych za album zeszłego roku. Mają sporo racji, bo materiał na drugiej płycie Lorde to kawał porządnego elektronicznego popu. Co ważne, znaczącym elementem najnowszej muzyki artystki są teksty - znów oryginalne, niepuste, niegłupie, mające sens, zmuszające do zastanowienia. Wraz z chwytliwymi, przyjemnymi melodiami oraz niskim wokalem Lorde otrzymujemy prawdziwą perełkę wśród popowych wydawnictw.
Ulubione kawałki: Supercut, Sober, The Louvre, Homemade Dynamite, Perfect Places


Czy znacie tę radość, satysfakcję oraz zachwyt, kiedy uda Wam się - całkiem przypadkowo - odkryć mało znanego, ale za to genialnego artystę? Jednym z moich ostatnich takich odkryć jest formacja Bluszcz. Tworzą ją dwaj bracia, Jarek i Romek Zagórni, którzy prezentują nam wysokiej klasy elektronikę w chilloutowym, spokojnym wydaniu. Łatwo się w Juniorze zatracić, ponieważ wszystkie kompozycje są ze sobą niesamowicie zgrane, tworzą jedną, olśniewającą całość, do której chce się wracać i wracać. Ja powracam już od dłuższego czasu i nie zamierzam przestać.
Ulubione kawałki: Berlin, Oslo, Slow, Argentina, Porto



Znalezione obrazy dla zapytania daria zawiałow a kysz1. Daria Zawiałow  A Kysz!
Kiedy napotykałam pierwsze posty na Facebooku promujące niejaką Darię Zawiałow, myślałam sobie: ech, pewnie kolejny komercyjny produkt. Jak ja się cieszę, że się myliłam! I cieszę się, że dostałam nauczkę, by nie oceniać po pozorach i nie kierować się stereotypami. A Kysz! to fantastyczna mieszanka wybuchowa: tu alternatywa, tam rock, z prawej pop, z lewej elektronika... Okraszone nietuzinkowymi tekstami oraz zadziornym wokalem Darii tworzą coś fenomenalnego. Całkowicie zakochałam się w tych finezyjnych, kobiecych i urokliwych piosenkach, do nich najczęściej wracałam w tym roku i to one górowały nad pozostałymi płytami. Skoro Daria nagrała tak genialny debiutancki krążek, to wręcz przebieram nogami na jego następcę. Cudo. Po prostu cudo.
Ulubione kawałki: Miłostki, Nie wiem gdzie jestem, Kundel Bury, Lwy, Malinowy Chruśniak



Oni się nie załapali, ale zasługują na wyróżnienie: Asaf Avidan, The Study On Falling; Dr Misio, Zmartwychwstaniemy; KARI, I Am Fine; Mery Spolsky, Miło było Pana poznać; Ms. Obsession, Manekin; Nothing but Thieves, Broken Machine; Pablopavo i Ludziki, Ladinola; Maciej Maleńczuk, Maleńczuk gra Młynarskiego; Barns Courtney, The Attractions of Youth

sobota, 6 stycznia 2018

40 ulubionych utworów z 2017 (40-21)

Przyszedł czas na moje muzyczne podsumowanie roku. Zanim przejdziemy do sedna, muszę napisać o kilku rzeczach. Po pierwsze, w tytule postu użyłam słowa ulubione, a nie najlepsze - dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że pojęcie najlepszy jest bardzo względne, a ponadto wiem, że z pewnością nie zdążyłam poznać utworów, które zatrzęsłyby tym rankingiem. Ale z muzyką to trochę jak z książkami - tyle do przesłuchania/przeczytania, tak mało czasu. Przygotowując to podsumowanie, kierowałam się moją sympatią do danej piosenki, brałam też pod uwagę liczbę jej odtworzeń, stąd określenie ulubione. Po drugie, nietypowa liczba piosenek - nie dobiłam nawet do 50. Tak na dobrą sprawę mogłabym wybrać i ponad setkę, ale stwierdziłam, że to za dużo, dlatego wyselekcjonowałam ścisłą czołówkę, do której najczęściej i najchętniej wracałam w tym roku. Po trzecie, kolejność. W wielu miejscach jest ona czysto orientacyjna, bo miałam kilkakrotnie ten problem, który utwór powinien pójść wyżej, a który niżej. Tak naprawdę dopiero pierwsza dziesiątka jest niepodważalna, jeśli chodzi o kolejność, reszta (mam na myśli różnicę 1-3 miejsc) jest tylko umowna. I po czwarte, jakość piosenek. W porównaniu do fantastycznego muzycznie 2016 roku, odnoszę wrażenie, że 2017 nie obfitował w taką muzykę, w której zakochałabym się na maksa. Owszem, bywały takie piosenki/albumy, ale a) było ich stosunkowo niewiele, b) często pochodziły z lat wcześniejszych, głównie z tego 2016 ;) Mam nadzieję, że 2018 rok będzie lepszy. Od razu podpowiem, że po podsumowaniach pojawi się zestawienie artystów, na których płyty czekam w nowym roku.
Przepraszam za przydługi wstęp i dziękuję, jeżeli przetrwaliście przez całość. ;) Tymczasem zapraszam do zapoznania się z pierwszą częścią podsumowania roku!
____________________________________________________________________________________________________________
(kliknij na tytuł piosenki, żeby jej posłuchać)



Zaczynamy od najniższego miejsca, które przypadło piosence mrocznej, przywodzącej na myśl western - My Church Is Black to prawdziwa perełka z debiutanckiej płyty projektu Me And That Man. Następnie znajduje się singiel Lights Out zespołu Royal Blood, czyli esencja rocka w czystej postaci. W Sznurowadłach Fismolla może nie znajdziemy rockowej energii, ale z pewnością poznamy zgrabnie połączone, wyraziste dźwięki. Eksperymentalny krążek nowOsiecka nie oczarował mnie w całości, ale do takich smaczków jak Kto tam u Ciebie jest? Brodki często wracam. Tę piątkę zamyka najweselsza na płycie Mój dom, a jednocześnie smutna piosenka Korteza - Dobrze, że Cię mam.




Do Miło było Pana poznać nie potrafiłam się przekonać, a obecnie ochoczo i z zapałem recytuję tekst razem z Mery Spolsky. Zastanawiałam się, czy umieszczać w tym zestawieniu covery i ostatecznie stwierdziłam, że tak piękne wykonanie Starry Starry Night przez Lianne La Havas zasługuje na uwagę. Podobnie jak Mrozu i jego płyta Zew, z której bardzo polubiłam numer Nieśmiertelni. Najnowszy album KARI pt. I Am Fine to piękna, elektroniczna podróż, z której najbardziej cenię lekkie Sirens. Natomiast w nowej Natalii Przybysz zakochałam się od pierwszego odsłuchu Światła nocnego.

Najświeższy singiel Męskiego Grania Orkiestry, czyli Nieboskłon, nie dorównał swojemu poprzednikowi-petardzie - Watasze - niemniej wciąż dobrze się go słucha. Elektroniczne The Dumplings w połączeniu z muzyką klasyczną czaruje w kawałku Ach nie mnie jednej. Nie przypuszczałam, że jeden z największych tegorocznych radiowych hitów się tu znajdzie, ale Dua Lipa i jej New Rules potrafią uzależnić. Nowa płyta Mikromusic oczarowuje mnie na nowo z każdym kolejnym odsłuchem, ale aksamitna Mgła nad stawem urzekła mnie od razu. Natomiast Mgła w wykonaniu Mroza to coś niepokojącego i niesamowicie klimatycznego.




Nie od dziś wiadomo, że siostry Przybysz brzmią ze sobą bardzo dobrze. Potwierdziły to w żywiołowym, pozytywnym kawałku Mandala z najnowszego krążka Natalii. Zwykle piosenki dłuższe niż 5 minut nudzą mnie okrutnie, ale w tym przypadku jest inaczej - prawie 10-minutowe (!) Mamy Forsę, Mamy Czas w wykonaniu Tomasza Organka to prawdziwa gratka dla fanów blues-rocka. Demi Lovato pozytywnie zaskoczyła mnie nowym albumem, a kompozycja Ruin The Friendship jest niezwykle nastrojowa i zmysłowa. Lubiliście omawiać teksty Kochanowskiego na lekcjach? Ja też nie, choć jako studentka polonistyki nie powinnam się do tego przyznawać ;), ale Pieśń IV w interpretacji Mikromusic może zmienić niechętne podejście. Na koniec numer, który poznałam dzięki Trójkowej Offensywie - słuchajcie radia, bo możecie wyhaczyć takie kąski jak Bluszcz i numer Berlin.

piątek, 29 września 2017

Wrześniowe premiery warte uwagi

Wrzesień obfitował w sporo ciekawych tytułów, które mnie sobą zainteresowały. Były zarówno debiuty, jak i powroty - w obu z tych dwóch kategorii znajdzie się coś godnego posłuchania. Dziś zaprezentuję Wam te albumy, które osobiście najbardziej mi się spodobały (nie planuję osobnych recenzji tych płyt). Zapraszam!

Natalia Przybysz – Światło nocne (premiera: 01/09)
Rok temu wokalistka zdecydowała się na kontrowersyjne wyznanie, które odbiło się na jej reputacji. Natalia z pewnością nie miała lekko przez ten czas, co sama w wywiadach potwierdzała. Ale nie moja rola komentować jej życie prywatne - zajmę się materiałem, który został następcą wydanego w 2014 roku Prądu. Przyznaję, że nie słuchałam tej płyty, bowiem wówczas nic nie zachęcało mnie do zagłębienia się w twórczość Przybysz. Jednak coś mnie podkusiło i w dniu premiery Światła nocnego odpaliłam je na Spotify i od pierwszej piosenki byłam usatysfakcjonowana. Dostajemy chwytliwe, charakterne dźwięki utrzymane w alternatywnej konwencji (pojawiają się elementy m.in. rocka, popu oraz bluesa), które towarzyszą błyskotliwym i poruszającym tekstom (odsyłam do genialnego utworu Vardo). Co prawda nie mam porównania do poprzedniej twórczości Natalii, ale słyszałam głosy, że brzmieniowo niewiele się zmieniło - muszę koniecznie to sprawdzić, bowiem Światło nocne to kawał naprawdę dobrej, wartościowej muzyki.
Ulubione: Mandala, Vardo, Nic osobistego, S.O.S., Świat wewnętrzny


Mery Spolsky  Miło było Pana poznać (premiera: 15/09)
Kiedy usłyszałam pierwszy singiel tej debiutantki, zatytułowany tak samo jak album, miałam ambiwalentne odczucia. Z jednej strony nie przekonywały mnie takie dźwięki, ale z drugiej co chwila wracałam do tego nagrania, jakbym chciała udowodnić sobie, że nie, naprawdę mi się to nie podoba. I tak odtwarzałam, odtwarzałam, aż zaczęłam z niecierpliwością wyczekiwać premiery płyty. Mery Spolsky jest artystką wyjątkową - myślę, że jej twórczość idealnie określi parafraza z singla Miło było Pana poznać: niekonwencjonalna, po chamsku, nie po damsku, a jednak niebanalna; do wyboru, do koloru. Prawdziwie elektroniczne, komputerowe dźwięki połączone z rezolutnymi, nierzadko zadziornymi tekstami tworzą potrzebny powiew świeżości na polskiej scenie muzycznej. Muzyka Mery jest na pewien sposób specyficzna, więc nie jest ona dla każdego, ale to duża zaleta - tak barwnej, oryginalnej postaci, kroczącej niewydeptanymi ścieżkami dawno nie spotkałam. Brawo. Auu!
Ulubione: Miło było Pana poznać, Wrzesień (Nie zrób mnie w konia), Brak, Alarm, Liczydło


The National  Sleep Well Beast (premiera: 08/09)
Słyszałam wiele dobrego o tym amerykańskim zespole, lecz nigdy nie ciągnęło mnie, by bliżej się zaprzyjaźnić z ich twórczością. Chyba odrzucały mnie słowa mówiące o smutnym, często wręcz smętnym brzmieniu The National. Jako fanka szybkich melodii poddałam się na starcie. Najwyraźniej popełniłam błąd, bo słuchając Sleep Well Beast stwierdziłam: cholera, jakie to dobre! Rzeczywiście, jest ponuro i szaro, ale nie ma w tym przesady - jest w pewien sposób porywająco. Może to sprawka nadchodzącej jesieni (podczas której, swoją drogą, ten album będzie fantastycznie brzmiał), nie przeczę. Przygoda z Sleep Well Beast to dla mnie pewna nowość, bo na co dzień nie słucham takiej muzyki, a po posępne, melancholijne utwory sięgam niezwykle rzadko i zazwyczaj w określonych sytuacjach. Możliwe, że właśnie dlatego - że jest to dla mnie taka odskocznia - tak polubiłam ten album. Podejrzewam, że w najbliższych miesiącach będzie mi często towarzyszył.
Ulubione: The System Only Dream In Total DarknessTurtleneck, Walk It Back, Guilty Party


Lina Tullgren  Won (premiera: 22/09)
Lina Tullgren to amerykańska wokalistka, stawiająca pierwsze kroki w świecie muzyki. Ale muzyki niszowej, trafiającej do konkretnych odbiorców, często bardzo wymagających, których nie zadowoli byle co, a w muzyce poszukują czegoś więcej niż tylko rozrywki. Debiutancki album Won Lina wydała pod szyldem wytwórni Captured Tracks, charakteryzującej się produkcją muzyki niezależnej z gatunku indie, post-punk czy dream pop. Płyty Won nie można zakwalifikować tylko do jednego z tych stylów. Lina Tullgren stworzyła bardzo elegancki, chłodny i troszkę mroczny album, na którym prym wiodą dźwięki gitary elektrycznej. Artystka posiada bardzo głęboki, intrygujący głos, robiący spore wrażenie na słuchaczu. Całość jest bardzo nastrojowa i podejrzewam, że tych wyrafinowanych słuchaczy jej twórczość z pewnością zadowoli. Swoim charakterem przypomina mi nieco garażową muzykę lat 60. Jeśli lubicie coś takiego, zapoznajcie się z młodą wokalistką koniecznie.
Ulubione: Fitchburg State, Red Dawn, Summer Sleeper, Get Lost


Ponadto polecam: Fink – Resurgam, The Killers – Wonderful Wonderful, Nothing but Thieves – Broken Machine, Foo Fighters – Concrete and Gold, ODESZA – A Moment Apart