środa, 21 września 2022

re-cenzja #93: Demi Lovato – HOLY FVCK (2022)

Zaledwie po ponad roku od premiery krążka Dancing With The Devil... The Art of Starting Over, Demi Lovato prezentuje nowy, ósmy już album. Tym razem z okładki nie spogląda delikatna kobieta otoczona motylami. Oprawa graficzna HOLY FVCK, bo o nim mowa, jest zdecydowanie ostrzejsza i bardziej kontrowersyjna. Leżąca na krzyżu wokalistka spowita w czerni i czerwieni może kojarzyć się z równie mocnymi kawałkami. Istotnie, HOLY FVCK to intensywne, bardzo głośne wydawnictwo. Krytycy są zgodni  pod adresem tej płyty padają same pozytywne opinie, a nawet twierdzenia, że jest to najlepszy krążek w dotychczasowym dorobku Amerykanki.

Hurraoptymistyczne recenzje skłoniły mnie do szybkiego zapoznania się z nowym materiałem, choć w gruncie rzeczy nie potrzebowałam dodatkowej zachęty. Śledzę bowiem karierę Demi od jej debiutu w disneyowskim filmie Camp Rock, swego czasu określałam ją swoją idolką, a do jej płyt mam różne podejście. Niektóre z nich lubię do tej pory, inne omijam szerokim łukiem, a na kolejne uśmiecham się z politowaniem. Tymczasem nie jestem w stanie przypisać HOLY FVCK do którejkolwiek z powyższych kategorii. Niewątpliwie jest to nowa odsłona artystki, zdecydowanie najwyraźniejsza i najciekawsza... a jednocześnie zupełnie mnie nie porwała.


Przyzwyczaiłam się do licznych wcieleń Lovato  od nastoletniej buntowniczki przeżywającej pierwsze miłostki (Don't Forget, Here We Go Again), przez poszukiwanie siebie (Unbroken, Demi, Confident, Tell Me You Love Me) aż po rozliczanie się z bolesną przeszłością (Dancing..., HOLY FVCK). Każdy jej krążek to zupełne inne brzmienie, przez co trudno określić styl Demi jednoznacznie. Po HOLY FVCK mam wrażenie, że wokalistka wciąż nie ustaje w poszukiwaniach takiej muzycznej stylistyki, w której poczuje się najlepiej. Być może w tej najnowszej odsłonie wreszcie uzna, że to właśnie to, choć sama jestem daleka od takich twierdzeń.

Tym razem Demi postawiła na mocne, agresywne wręcz dźwięki. Najnowsze dzieło Lovato to zestaw szesnastu utworów buzujących energią i naładowanych emocjami. Wydaje się, że wszystko się zgadza  wyzywająca okładka i obecny image wokalistki udanie korelują z zawartością płyty. Mimo to piosenki brzmią dla mnie sztucznie, zdają się niedopracowane i zrobione na siłę, ponadto wszystkie są do siebie bardzo podobne, więc trudno zapamiętać poszczególne kompozycje. Dynamiczne, rockowe numery przeplatają się z nieco spokojniejszymi balladami, a łączy je przede wszystkim silny wokal Demi, która ponownie nim szarżuje, chwilami do przesady. Oczywiście, muzyka rockowa charakteryzuje się krzykami wokalistów, niemniej w przypadku HOLY FVCK odnoszę wrażenie, że jego twórczyni nie śpiewa inaczej. A to psuje mi  i tak już nie najlepszy  odbiór. Osłodziły mi go raptem dwie kompozycje: 29 oraz Bones. Pierwsza z nich wyróżnia się niechaotycznym, ale przemyślanym rytmem, podkreślanym przez nieśmiałe dźwięki gitary akustycznej. W pamięć zapadają także minimalistyczne wersy "Seventeen, twenty nine". Z kolei w Bones spodobały mi się chwytliwa melodia oraz ciekawie skonstruowany refren, który odznacza się rewelacyjnym głosem Lovato oraz eksperymentalną końcówką. Spodziewałam się, że biorąc pod uwagę moją sympatię do rocka, HOLY FVCK będzie towarzyszyć mi non stop, tymczasem zaledwie dwa odsłuchy zupełnie mi wystarczyły, by przekonać się, że ta muzyczna osobowość Demi Lovato nie jest dla mnie.


Należy docenić HOLY FVCK za szczere (jak zwykle) teksty i odwagę do zabawy z brzmieniem oraz wizerukiem. Niestety nie znajduję niczego więcej, za co mogłabym pochwalić tę płytę. Nie jest ona nie wiadomo jak zła  liczne przecież zachwyty wskazują, że moje odczucia stanowią mniejszość. Czytałam, że ta płyta to powrót do korzeni artystki, czyli krążka Don't Forget. Z tym muszę się zgodzić, ponieważ obydwie zostały napisane w pop-rockowym, nastoletnim stylu. O ile w przypadku albumu z 2008 roku (wówczas wokalistka miała szesnaście lat) można to zrozumieć, o tyle trzydziestoletnia Demi w podobnych aranżacjach zupełnie do mnie nie trafia. Z żalem zapisuję więc minusik przy najnowszym krążku Lovato i po cichu będę liczyć na powrót do klimatów z płyty Tell Me You Love Me. Dla mnie to właśnie wtedy wypadła najlepiej w całej swojej muzycznej karierze.


po-słuchaj: 29, Bones