czwartek, 15 kwietnia 2021

re-cenzja #82: Demi Lovato – Dancing With The Devil... The Art of Starting Over (2021)

W 2018 roku świat obiegła informacja, że Demi Lovato trafiła do szpitala w wyniku przedawkowania narkotyków. Artystka wielokrotnie wspominała o swoim uzależnieniu i problemach zdrowotnych, niejednokrotnie też opowiadała o nich w swojej twórczości. Nie inaczej sytuacja wygląda na najnowszej płycie, czyli Dancing With The Devil... The Art of Starting Over, który z jednej strony rozprawia się z demonami przeszłości, a z drugiej wyraża nadzieję na lepszą przyszłość. Koncept dobry  bardzo cenię sobie bezpośredniość i autentyczność w muzyce. I istotnie, zarzucić braku tych wartości nie mogę, ale muszę zwrócić uwagę na dosyć liczne defekty tego krążka.

Na albumie o bardzo długim tytule znajdziemy równie wiele utworów, bo aż dziewiętnaście. Zdaje się, że właśnie ta przytłaczająca ilość jest największym mankamentem płyty. Gdyby artystka ograniczyła się do 10-13 piosenek, wówczas otrzymalibyśmy album nieprzekombinowany, spójny i wciągający. Tymczasem podczas słuchania Dancing With The Devil... uwaga odbiorcy zwyczajnie się rozprasza. Większość kompozycji gdzieś się gubi po drodze i nawet się nie zauważa, że coś umknęło. Spora część wydawnictwa to średnio atrakcyjne, nudnawe zapychacze. Szkoda, bo są tutaj kompozycje, które zasługują na uwagę i to właśnie one lśnią, nie pozwalając zapomnieć o najnowszym projekcie Lovato.

Demi wreszcie nie przekrzykuje swoich piosenek. Na poprzednich płytach miała do tego tendencję. O ile braku możliwości wokalnych zarzucić jej nie można, bo głos ma potężny, to jednak nadmierne eksponowanie go bywa dla słuchacza męczące. Oczywiście na najnowszym albumie Demi nadal chwali się swoją skalą, jednak w przystępniejszy sposób. Odbiorca w końcu może bardziej skupić się na tekście czy muzyce, bo nie odstraszają go zbyt częste wysokie wokalizy, które chwilami chce się po prostu ściszyć.

Dancing With The Devil... podzielono na dwie części. W pierwszej Demi wprost wraca do nocy, podczas której przedawkowała, śpiewa o swoich przeżyciach i emocjach z tamtego okresu. W tej części zawarto potężną balladę Anyone, emocjonalne, dramatyczne Dancing With The Devil oraz oszczędną, piękną kołysankę ICU. Druga część z kolei to już tytułowa sztuka nowego początku – ponowne narodziny artystki. Tutaj znajdziemy m.in. słoneczne, rytmiczne The Art of Starting Over; delikatne, romantyczne i zarazem smutne The Way You Look At Me, równie pogodne, niespieszne The Kind of Lover I Am. Dobrze się jeszcze slucha Girlfriends Are My Boyfriends oraz California Sober. Z duetów ciekawe jest Met Him Last Night z Arianą Grande, w którym znów pojawia się diabeł. Całkiem chwytliwe, odpowiednie dla radia nagranie, jednak nie darzę go głębszymi uczuciami. Easy z Noah Cyrus jest dosyć patetyczne, choć młodsza siostra Miley brzmi tutaj rewelacyjnie. Pozostałe kompozycje są po prostu... nijakie. Pomimo kilku odsłuchów nie jestem w stanie przypomnieć sobie, jak brzmią. 

Dancing With The Devil... to płyta przede wszystkim nierówna i za długa. Mam wrażenie, że Demi za jednym zamachem chciała wynagrodzić swoim fanom długą przerwę w twórczości, publikując od razu niemal dwadzieścia piosenek (co ciekawe, płyta ukazała się w kilku wersjach, na którym zawarto dodatkowe utwory). W większości niedopracowanych, zwyczajnie nudnych i łatwych do zapomnienia. Szkoda. Potencjał tu tkwi spory, ale nie został wydobyty w stu procentach. Ponadto wydaje mi się, że Demi wciąż nie wie, w jakim muzycznym kierunku chciałaby pójść i gdzie chciałaby zostać. W moim przekonaniu najlepiej wypadała na poprzednim albumie, w którym też dominał spory rozstrzał stylistyczny. Z Dancing With The Devil... zabieram dla siebie kilka numerów, lecz niewiele. O dłużącej się reszcie zapomniałam. Ja wytrwałam tę godzinę, ale podejrzewam, że mało kto będzie miał tyle cierpliwości.

★★★★★☆☆☆☆☆

po-słuchaj: The Art of Starting Over, ICU, The Kind of Lover I Am